sobota, 31 grudnia 2011

Dobrze, że to się skończyło



Rok 2011 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.

Rok 2011 był rokiem rozczarowań i utraty złudzeń, egoizmu, który wygrał z duchem zbiorowości, okopania się na swoich pozycjach, a nie zdobywania przyczółków na liniach wrogów. To był pierwszy rok, który Toruń przeżył bez marzeń o tytule Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku. Wiele nadziei wiązałem z Turkusową Rewolucją - w tym roku wrzenie zupełnie wygasło. Rewolucja strąca głowy i zmienia hierarchie, ta jednak wybrała drogę legitymizacji ancien regime. W Toruniu marzenia o zmianie środowisko artystyczne postanowiło oddać politykom i profesjonalnym firmom zajmującym się marketingiem miast.

W Bydgoszczy jest zupełnie inaczej – środowisko podpisało z władzami miasta pakt, który nakazuje administracji ciągłe i progresywne wsparcie instytucji, organizacji pozarządowych i artystów. Wytargowało dla siebie dwa miliony złotych i wszystko wskazuje, że w przyszłym roku ten trend się utrzyma. W tym czasie Toruń postanowił zachować status quo – pobieżna lektura budżetu na 2012 rok mówi jedno: nie zmieni się nic. A jeśli w finansowaniu kultury nic się nie zmienia, kultura bieduje.

Bydgoszcz – te wyśmiewane przez torunian Kielce województwa kujawsko-pomorskiego – będzie najmocniejszym i najbardziej dynamicznym ośrodkiem w regionie. Niewykluczone, że wielu naszych artystów będzie pracowało przede wszystkim na rzecz wielkiego sąsiada.

Zastój w Toruniu się pogłębi. Turkusowe eNeRDe będzie promowało swoich didżejów. Studenci znów niczego nie zrobią. Artyści będą narzekali. Toruńska Agenda Kulturalna – spadkobierca instytucji, która pogrzebała nasze szanse na 2016 rok – wybroni się znów przed zamknięciem. CSW wyda wszystkie swoje pieniądze na jedną nieistotną wystawę i przez kolejne miesiące będzie robiła prezentacje związkowej sztuki. Do Od Nowy przyjdzie mniej widzów. Dwór Artusa, Toruńska Orkiestra Symfoniczna, Wozownia, CK Zamek Krzyżacki raz na jakiś czas pozwolą sobie na coś ciekawego. Środowiska nie będą już dzieliły konflikty, nie będzie konkurencji, nie będzie wymiany idei – będzie cichy żal nad własną małością przy pięćdziesiątce wódki w Kontrapunkcie albo w jeszcze gorszym miejscu.

Toruń stanie się zwykłym, niespełna dwustutysięcznym miastem w kraju, którego władze boją się mówić o kryzysie. Najsilniejsi wyjadą.

Gdyby przyjąć, że władze Torunia miewają równie apokaliptyczne myśli, nieco nowego sensu nabiera przyznanie najwyższego miejskiego odznaczenia Wiesławowi Smużnemu - artyście, który fetyszyzuje wszystkie ładne liczby: daty typu 12.12.12 i godziny typu 10.10. Czyżby prezydent przeczuwał, że to najstosowniejszy i ostatni moment, żeby przyznać mu to wyróżnienie?

czwartek, 22 grudnia 2011

Najświętsze słowa mojego życia



Czasami zdaje mi się, że myśl ludzka zmierza do jednego kulminacyjnego momentu.

Do tej pory myślałem, że osiągnęła ten punkt w chwili, gdy pojawiło się Battlefield: Bad Company 2. Teraz wiem, że myliłem się – jesteśmy jedynym światem, który ma Battlefield 3.

Na kciukach zrobiły mi się odciski. W ciasnych mapach używam supporta, w wolnych inżyniera. W środę przed północą zestrzeliłem swoim SU pierwszy wrogi samolot. Ciężko uwierzyć, ale koleś był gorszym pilotem ode mnie. Gra jest po prostu epicka i - przed świętami i podsumowaniami - mogę się zdobyć tylko na bałwochwalczy zachwyt nad sieciową strzelanką.

Jeśli macie BF3 i xboksa, zaproście mnie do znajomych. Jestem vertigoziggurat – na cześć tajnego levelu Quake'a bez grawitacji.

Pod choinkę dostanę Skyrim, więc czekają mnie pracowite święta.

czwartek, 15 grudnia 2011

Nuklearna zima



Pamiętam, że bałem się „Porannej wiadomości”. Mim wykrzywia się dla telewidzów, straszy ich mięsem języka, zamaskowani maszerują po hałdach, a werble dają sygnał do wystrzału. Jest schron – jak w powracającym złym śnie o pachnących trutką piwnicach w bloku przy ul. Kaliningradzkiej. Spocony mężczyzna i kobieta - z jej wszystkimi miękkimi granicami, miejscami, gdzie się wilgotna nie domyka. Zamykam oczy.

Pamiętam później kuchnię w domu na Traugutta, galaretę stygnącą na parapecie, „Białą flagę” w Radiu Olsztyn, pieczeń przewiązaną sznurkiem, gotujące się warzywa na sałatkę, matkę, jak mówi: „Ciechowski nie żyje. Taki młody człowiek”. Chociaż nie wiem, jak bym się starał, nie przypomnę sobie, czy za oknem był śnieg.

Gdy umiera Violetta Villas – królowa tandety, matka chrzestna polskiego bezguścia, symbol naszego nieudacznictwa, alegoria zmarnowanych szans i urojeń – naród płacze, szykuje państwowy pogrzeb i reprezentatywną kwaterę. O jej bezradności i heroizmie wiedzą kucharki i sprzątaczki. O jej dewocji mówią listy pasterskie, głośniki na dworcach i w windach. Tomasz Lis zacina się w połowie zdania, wzdycha, bawi się zakłopotany mikrofonem. Wstrzymuje się od głosu, nie potwierdza, nie zaprzecza. Wszyscy rozpaczają, że nie dostrzegali ewidentnych znaków – stygmatów na nadgarstkach papieży, płaczących krwią figurek Madonny.

Gdy o poecie mówi się w głównym wydaniu „Wiadomości”, to znaczy, że poeta nie żyje.



Władza należy do tego, kto trzyma mikrofon.

niedziela, 11 grudnia 2011

Nienawiść. Wersja toruńska



Raz jeszcze powtarzam - to red. Giedrys jako redaktor zajmujący się kulturą w lokalnej gazecie jest odpowiedzialny za: 1. Pokazywanie środowiska artystycznego jako skłócone, zwaśnione i drapieżnie skaczące sobie do oczu. 2. Sam podsyca różne waśnie i konflikty poprzez snucie różnych domysłów w stylu teorii spiskowej.

Grzegorz Giedrys powinien zostać politykiem i tam realizować swoje fantazje na temat urabiania rzeczywistości do swoich wyobrażeń. Nie będzie musiał dłużej udawać obiektywizmu. Albo niech już będzie tym poetą, czy dramaturgiem. Bo nie można być jednocześnie twórcą i dziennikarzem. Nie można jednocześnie wystawiać sztuki w CWCW Wicza i pisać o tym artykułów, nie można odbywać spotkań autorskich w Dworze Artusa i jednocześnie recenzować pracy dyrektora tego przybytku. Tak się po prostu nie da, a przynajmniej normalna gazeta na to nie pozwala.

Apeluję do naczelnego gazwybu o odsunięcie redaktora Giedrysa z działu kultury. Jeśli już musi być w redakcji, niech pisze o polityce, albo żużlu!

Jaką wysoką klasę bezrozumny bidoku? Boisz się ,że pozostanie ci rozdawanie ulotek na bezrobociu i wypisujesz bzdety ,żeby przypodowac się miejscowej klice? Trzeba było skończyć techniczną uczelnię ,wówczas pracy nie brakowałoby dla ciebie a tak jestes jedynie posłusznym pieskiem poszczekujacym tak jak pan nakaże.

Moim zdaniem jedyne co było wysokie na tym festiwalu i krótko po nim to wysokoprocentowy alkohol wypity m. in. przez autora artykułu a następnie wysoka ilość promili w krwi. Ps. CV do gazet nie muszę pisać ,bo w młodości chciało mi się uczyć matematyki i innych ścisłych przedmiotów. Dzięki temu nie muszę obecnie robić z siebie błazna .

gg po raz kolejny podniecony bzdetną imprezką. On sam jest gwiazdą lokalnej głupoty.

Giedrys przynosi wstyd dziennikarstwu przez brak etyki. Wykorzystuje Gazete do swych prywatnych interesow bo promuje swoich kolesiow. Ten festiwal do kompletne dno. Wydano kupe pieniedzy by grupka tandeciarzy kolesiow kolesiow Giedrysa mogla sie zabawic i skasowac pare groszy.

Giedrys skompromitowal sie ostatecznie jest calkowicie niewiarygodny

Giedrys nie kompromituj się chłopie dalej.Weż się lepiej za łopatę i buduj A-1.

Koleś jest kompletnym, wręcz doskonałym ignorantem. I do tego jeszcze robi błędy stylistyczne i logiczne. Czy ktoś wie, dlaczego go jeszcze nie wyrzucili?

O ile się nie będziemy czepiać, wyhodujemy sobie w tym mieście kolejną Smoktunowicz-Lisową i dopiero będzie. Niech Giedrys wie, że pełni wobec nas rolę SŁUŻEBNĄ, tak samo jak piekarz, hydraulik czy śmieciarz i jego widzimisię nas w ogóle nie interesuje. Jest pismakiem na posadzie gazety miejskiej i jego spaczony gust i poglądy nie stanowią meritum jego pracy - powinien sie skupić na przekazywaniu INFORMACJI a nie swoich poglądów. O stylu nie wspomnę gdyż przypomina mi on estetykę lidera formacji "Boys". Niech pan Giedrys mniej patrzy na szklaną rybę na swoim telewizorze i sztuczne owoce w oszklonym kredensie a trochę więcej w słownik Jodłowskiego/Taszyckiego...

Giedrys wez Ty sie za cos konkretnego chloptasiu bo oczerniasz ludzi którym nawet nie dorastasz do pięt!Nawet w 1% nie zrobiles tyle dla miasta i ludzi ile jego głowa oraz jego wspolpracownicy. Krytykować każdy może niczym sie nie wyrozniasz.

Tu sie nie ma czym krępować tylko pisać byle szczerze i dosadnie. W końcu nie czepiamy się bogu ducha winnego człowieka tylko świętej krowy która redaktorem stała się chyba za odpowiedniej osobie wykonanego loda.

Wszystkie cytaty pochodzą z toruńskiego forum Gazety.pl.

środa, 7 grudnia 2011

Harmony Korine z Torunia

Raz na jakiś czas ląduję w zakątku YouTube, gdzie użytkownicy zamieszczają swoje prywatne filmy. Praktycznie nikt w te strony nie zagląda. Czasami ktoś je podlinkuje w jakimś serwisie z internetowymi dziwactwami i wideo na chwilę zyskuje popularność.

Z wielką ciekawością śledzę profil jednego z użytkowników, który zamieścił już ponad 300 filmików. To nie są materiały przygotowane przez profesjonalistę. Autor z pasją dokumentalisty rejestruje toruńskie imprezy klubowe i domówki. To świat spoza turystycznych haseł, bez makijażu, retuszu i montażu. Filmy doskonale pokazują, jak wygląda weekendowe życie Torunia poza modnymi i jasnymi knajpami. Jego produkcje zaludnia przedziwny bestiariusz postaci: są imprezowiczki, dzieciaki popisujące się przed kamerą, zmęczeni klubowicze i studenci.

Myślę, że profesjonalnemu reżyserowi i montażyście bez trudu by przyszło ułożenie tego materiału w spójną fabularnie całość. Długie godziny spędziłem na tłumaczeniu Marcinowi Gładychowi i Sebastianowi Płocharskiemu, jak wyobrażam sobie film według mojego scenariusza. Okazuje się, że film jest gotowy i czeka na swojego reżysera.



















czwartek, 1 grudnia 2011

Studencki czwartek (proza)



Czwartek w kulturze studenckiej jest dniem szczególnym. Studenci mniej chętnie piją w piątki, bo wtedy miasto muszą dzielić z mieszkańcami. A to zawsze niepotrzebne, groźne i złe. W czwartki wszyscy się otwierają na studencką brać – kuszą ją magicznymi zniżkami, wstępem wolnym, nowymi heteryckimi i gejowskimi drinkami. To w zasadzie najgorsza klientela, która oszczędza na napiwkach, kupi jedno piwo i dwanaście słomek.

Tak jak nakazuje tradycja, niektórzy zaczną pić w wynajętych mieszkaniach lub w akademikach. Ale na miasto iść trzeba. To wielka czwartkowa kompulsja – nikt o zdrowych zmysłach nie będzie przecież obciążał studenta jakimiś nieistotnymi wykładami w piątek, a jeśli obciąży, to na liście puszczonej wśród słuchaczy zbierze mało wpisów.

Studenci to z pewnością najbardziej przeszacowana grupa społeczna. Wiele się od nich oczekuje, niewiele dają w zamian. Dobrze czują się w niewoli uczelnianego feudalizmu. Najgorsi są ci z akademików. Wszyscy chodzą w kapciach, wszyscy trzymają gdzieś elektryczne czajniki i grzałki, wszyscy walczą na swój osobisty sposób z żółtaczką i czerwonką w WC i snują się po korytarzach z ręcznikami we włosach. Studentki przed snem nakładają na siebie pomady i mazie, brunetki co trzeci dzień się depilują, blondynki co tydzień. Pod prysznicem wokół palca może ci się owinąć znoszony kondom. Krany ktoś pourywa, w spłuczce chłodzi się piwko, a pisuary zawsze są zatkane papierem toaletowym. Brzydzę się tą subkulturą.

Brzydzę się jej opowieściami. Że Igor z polonistyki obudził się ze skórką jabłka we włosach, a chłopacy wcześniej przecież mu powtarzali, że wódki nie należy zakąszać jabłuszkiem. Że Piotr z prawa na kacu totalnie się rozszczelnił, tak że koledzy z pokoju nie wiedzieli, czy dzwonić po hydraulika, czy na pogotowie. Że Ania z szóstki ma swoje ulubione seksualne krzesełko w palarni na półpiętrze. Że Asia na zawsze pozostawi odciski swoich dłoni na ścianie pod prysznicem - w to samo miejsce wgniatało ją kilku mieszkańców ze starszych roczników.

Brzydzę się jej opowieściami, zwłaszcza tymi zmyślonymi, które atakują w różnych lokalnych wariantach. Że w dziesięciopiętrowcu w campusie była taka impreza, że z ósmego piętra wywalili faceta w tekturowym pudle z napisem „Misja na Marsa”, a gdy przyjechała policja, funkcjonariusze znaleźli drugie oplombowane pudło ze studentem i napis „Misja ratunkowa”. Że młody prawnik miesiąc leczył połamane ręce po tym, jak dozorca zauważył, że trzęsie się, trzymając się słupu uczelnianego radiowęzła; podejrzewał, że zamknął obwód, a w rzeczywistości próbował usunąć źdźbło trawy z buta. Że w campusie grasuje seryjny morderca, który usuwa studentom narządy wewnętrzne. Że ich profesor powiedział studentce, by odpowiadała na jego pytania zza drzwi, bo tak jest brzydka. Że profesor był tak rozgarnięty, że zostawił dwójkę dzieci w autobusie i oddawał się rozmyślaniom aż do pętli.

Brzydzę się tymi opowieściami. Jak studentki mówią, że boją się świra z prawego skrzydła akademika, który po pijaku zwykł chodzić z nożem po korytarzu. Aby dojść do pokoju, wbijał go w ścianę i sunął po niej, dopóki nie znalazł swoich drzwi. Nieszczęśliwie kochał się w pewnej studentce, która kiedyś nad ranem zobaczyła nóż wbity w numer na drzwiach.

Brzydzę się opowieściami. Miesiączki mieszkających w jednym pokoju po pewnym czasie się zrównują. Ta, która dominuje, panuje również nad nocą, czasem i miesiącem. Miesiączka tej słabszej się przesuwa, kobieta niepokoi się. Brzuch twardnie, wyobraźnia nakazuje przeżywać jej młodości nad ranem, pochylać się nad muszlą, czytać ulotki załączane do testów ciążowych, szanować swój poranny mocz. Miesiączka tej silniejszej jest jak zegar, ona właśnie niezmiennie oddziela to, co kategoryczne, od tego, co małe, słabe i kruche.

Zepsucie się rodzi właśnie w kolonijnej atmosferze, bo jest pani, która wszystkiego pilnuje. Pani, której trzeba się bać - nocna portierka, dzienna portierka, kierowniczka akademika. I ten radosny cichy zepsuty seks prosto w oczy, gdy na łóżku obok śpi koleżanka, przemycanie się z pokoju do pokoju. I liczenie, w ilu siatkach na śmieci po sobocie radośnie czerwienieje lukrowana prezerwatywa.

Wszystkie studentki wydają się bardzo do siebie podobne. Mają te same przyzwyczajenia, te same pasje, tak samo się z nimi rozmawia, tak samo zyskują przy bliższym poznaniu, do ich ciasnych cipek trzeba się przedzierać przez miliony uprzedzeń. Ale w końcu się otwierają przed tobą i dopuszczają do siebie. Wszystkie są identyczne.

Ta obrzydliwa subkultura w czwartek wydawała się nie do uniknięcia. W Tratwie, położonej niemal na brzegu Wisły, dało się jeszcze wytrzymać. Najciekawiej jak zwykle było przy barze. Mimo stosunkowo wczesnej pory barmani byli już mocno wcięci. Z lewej strony blisko siebie trzymali stałych bywalców, z prawej zostawili trochę miejsca dla tych, którzy chcieli coś zamówić w tradycyjny sposób. Miłosz i Broda tego wieczora pracowali jedynie nad kolejnymi kieliszkami żołądkowej gorzkiej z mlekiem. To bez wątpienia najbardziej sfrustrowany lokal w mieście – z barmanami chleją dawne nadzieje lokalnej awangardy muzycznej, przyszli wzięci biznesmeni, niedoszli emigranci, którzy postanowili jednak wrócić do kraju, gdzie na nich czekał wiernie Tratwowy alkoholizm.

Pokal uprawiał swoje spiskowe wizje. Opowiadał, jak kiedyś wylądował w zachodnich Niemczech na jakimś pustkowiu. Wtem niedaleko niego zatrzymał się czarny nieoznakowany SUV. Wypadło z niego czterech wysokich facetów w czarnych garniturach.
- Znalazł się pan na terenie tajnego nieistniejącego ośrodka badań rakietowych – cytował nam Amerykanina.
Pokal urwał opowieść i przeszedł do wniosków.
- I dlatego w całej gminie, landzie czy co tam oni mają, nie słychać było ptaków. Owadów też.
Biedny barman coraz silniej osuwał się w szaleństwo. Gdyby Janusz Korwin-Mikke stwierdził, że Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki i Donald Tusk to humanoidalne jaszczury, z pewnością by w to uwierzył - i w jąkaniu, zmęczonym sapaniu i sepleniącym syku rozpoznałby pierwsze oznaki bolesnej transformacji w gada.

Ten wieczór w Tratwie niestety należał do reggae. Połowę lokalu zdominowali miłośnicy jamajskiego folkloru. Wśród nich Królowa Rege. Arystokratycznie znudzona. Niepokojąco piękna. Długie do połowy pleców proste jasne włosy, głębokie niebieskie oczy, genialnie uwyraźniona rzeźba obojczyków zdradza pełne i niepokorne piersi, tylko ta mała blizna nad górną wargą, która nie szpeci, a przydaje jej głosowi delikatnego ciepła. Dzięki tej przerwie w skórze wyglądała na niedoskonałe dzieło natury, która zawstydziła się, że stwarza taką doskonałość, i pozostawiła na Królowej Rege jedną prawie niedostrzegalną skazę. Przeczysta. Immaculata wśród najgorszego brudu i programowego zaprzaństwa.

Od kilku lat widzieliśmy ją w towarzystwie faceta, który śpiewał w miejscowym potentacie na rynku reggae. Kochała go, choć szczerze ale skrycie gardziła jego największą pasją – głupkowatemu bieganiu w miejscu przed mikrofonem i śpiewaniu wysokim głosikiem z fatalnym jamajskim akcentem komunałów o miłości, słońcu i Jah. Gangsta rasta soldzia junajt, ło joj – zajawiał na początku koncertu, a nastolatki bez seksu i charyzmy łkały w swoich zalęknionych małych serduszkach z nieproduktywnej miłości do niego.

Brzydzili ją. Nieustannie pachnieli paczuli, a ten zapach kojarzył się ze śmiercią – nadmiarem wieńców i wiązanek w domu zmarłego.

Kiedyś jej Jarek był słodkim chłopcem, który swoją ruską gitarę z wielką naklejką WOSP zarzynał kolejnymi wykonaniami Whisky moja żono, Bieszczady jakie cudne, Pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko. Postanowiła być jego, gdy po gwałtownej chwili ciszy po Obławie przeszedł w konfesję Bluesa o czwartej nad ranem.

Ale raz wypuściła go na Woodstock do Żar i Jarek na zawsze się zmienił. Został frutarianinem (który mimo wszystko jadł ryby, bo uznał, że to owoce morza), długie czarne włosy skręcił sobie na jabola w dredy (ten punkowiec nieudolnie przypalił mu końcówki, włosy śmierdziały spalenizną jeszcze przez kilka tygodni), zaczął pachnieć inaczej (przeklęte olejki paczuli jak kondukt żałobny), nosić słoneczne trójkolorowe dodatki (a tak lubił czerń, zdarzało się, że przyciemniał sobie włosy i paznokcie, aby swojemu ogniskowemu graniu nadać odpowiednio dramatycznego sznytu). Do tego ci odrażający ludzie, którzy tak zapomnieli się w pielęgnowaniu własnej indywidualności, że zdecydowali się czcić tego samego naćpanego bożka, słuchać jednej muzyki, nosić się identycznie, a ich żołądki i jelita trawiły różne niepopularne kiełki, zboża, strąki i tłuszcze.

Żołnierze Jah wznosili kolejne toasty. Królowa Rege, udając entuzjazm, uderzała w szkło. Oczy Jarka napełniały się wtedy bezgraniczną miłością do Królowej Rege.

Jazzgod. Od wejścia uderzył znajomy zaduch. Żadna wentylacja nie pomoże, żadne najnowsze szwedzkie wynalazki z branży klimatyzacyjnej, gdy do małego lokalu wepchnie się 200 osób. Ściany w Jazzgodzie pokryte są potem, w tych warunkach rozwijają się nieznane biologii gatunki grzybów.

Dziewczyny w bluzkach na ramiączkach, chłopcy w podkoszulkach. Na parkiecie temperatura wydaje się najwyższa. Nieco spokojniej jest za barem, który nieco tłumi hałasy sali tanecznej, ale i tam trzeba podnosić głos albo nachylać się do rozmówcy. Ale nie wszyscy postanowili zacząć czwartkową imprezę w lokalu. W podwórku za Jazzgodem trzech studentów w pośpiechu opróżniało puszki z piwem. Nie chcieli przepłacać.
- Szybciej, szybciej! Tu są chyba kamery! - dopingowali się nerwowo.

Studentki bez żenady popisywały się nowymi tatuażami. Dziewczęta raczej nie orientowały się w zawiłej symbolice tribali na ramionach, łydkach, plecach, dłoniach. Studentka filozofii ponad kostką wytatuowała sobie żółwia - nie zrozumiała, dlaczego zaproponowałem jej, aby na drugiej nodze narysowała sobie Achillesa. Jej tatuaż akurat nie wyszedł. Ten, kto go robił, pisał jakby na zatłuszczonym papierze. Skóra dawała się przebić, ale nie trzymała pigmentu.
- To prawdziwy tatuaż? - próbowałem go zmyć śliną. Dziewczynie się to podobało, ale odeszła do swojego towarzystwa.
Podobno kobiety noszą się nieskromnie, kiedy jajeczkują. W Jazzgodzie miesiąc unosił się nad głowami większości studentek. Założyły tak przyciasne spódniczki bez halek, że przez materiał widać paski od stringów. Inne założyły tak ciasne spodenki, że odciskał się ich - jak to mawiają Amerykanie - camel toe.

Na tym tarłowisku czułem się obco i staro. Wszystkich tutaj tylko interesują kierunki studiów, roczniki, muzyka, alkohol, imprezy, inne knajpy. Gdy absztyfikanci słyszą, że rozmawiają z polonistkami, uważają na język. Gdy rozmawiają ze studentkami z ekonomii, stawiają im alkohol. Prawniczkom mówią, że z prawem to najchętniej mieliby problemy.

Tutaj nawet klasyczni padlinożercy są podlejszej jakości. Aby zdobyć naiwne serce panny z prowincji, muszą obmyślić sobie nową biografię. Ten wysoki i wysuszony opowiadał, że jest chory i wkrótce umrze. Prawie cztery lata temu zwiastował sobie jedynie dwa tygodnie życia. Cudownie ozdrowiały mówi tę historię coraz to innym dziewczynom. Ubarwia ją czasami tym, że zajmował się kiedyś przemytem broni i że został ciężko ranny w strzelaninie z czeską służbą graniczną. Wiadomo, czescy pogranicznicy są surowi ale sprawiedliwi.

Ten za to ukończył internetowy kurs uwodzenia. Aby zdobyć wymarzoną kobietę, przy stoliku naśladuje każdy jej gest. Jeśli ona podnosi szklankę do ust, on też podnosi. Jeżeli odpala papierosa, robi to samo. A przede wszystkim uważnie słucha partnerki i mobilizuje ją do kolejnych wyznań. Znajoma opowiadała mi, że kiedyś musiał przechodzić próbę zdecydowanego podrywu i zaproponował jej alternatywę: rozmowę o seksie albo o cegłach. Rzecz jasna, wybrała cegły. Nasz absolwent szkoły uwodzenia - na jej nieszczęście - okazał się nudnym technikiem budowlanym.

Około północy studenci stali się melodramatyczni i coraz ostrzej rzucali się na zwierzynę. Alkohol wreszcie zadziałał. Kilku wyszło na zewnątrz, żeby ochłonąć. Niektórzy opuścili lokal, nie wytrzymawszy tempa. Około pierwszej część osób zeszła z parkietu. Niektóre pary zaszyły się w co ciemniejszych miejscach, aby tam odnaleźć chwilę intymności. W ich zachowaniu było mimo wszystko wiele taktu. Ale nie zawsze tak to wygląda. Barmani, gdy kończą tu pracę, idą do Milesa. Kred - wkurwiony szukał soku bzowego dla jakiejś panny - często skarżył się na kretynizm studentów, ich wrodzone bałaganiarstwo, które objawia się na przykład pozostawianiem swojej bielizny intymnej w najróżniejszych nietypowych zakątkach klubu.

Po chwili parkiet zapełnił się. Ale o dziwo - zdecydowaną przewagę liczebną mieli na nim gimnazjaliści. Nadmiar alkoholu wyraźnie sprawił, że nie chcieli spędzić dalszej części nocy samotnie. W tych swoich staraniach wyglądali komicznie. Podpity młodzieniec wymachiwał przed twarzami dziewczyn chudymi ramionami, układając z nich nieznane figury geometryczne.

Zabawa stała się coraz bardziej rozpaczliwa. Wreszcie na parkiecie doszło do drobnej przepychanki. Ale konflikt został szybko zażegnany. Niektórzy faceci rzeczywiście podrywali, tak jakby dopiero co wyszli z koszar i kilka dni wcześniej odstawili dietę zasobną w brom. W kilkunastu osaczali ofiarę.

O takiej porze zdarzają się sytuacje dramatyczne. Wkurwiona porzucona laska przyjęła kiedyś w toalecie dwanaście studenckich i licealnych kutasów.

W Milesie było spokojnie - zaraz mieli się tu zwalić wszyscy niedopici po imprezach w innych klubach. Paweł Performer umówił się z Ulą z Suwałk. Dzień wcześniej piliśmy z jej znajomymi przy jednym stoliku.

Kojarzę jedynie, że pięknie sprawił się Miles, żeby przywiązać do siebie Suwałki. Ich pierwsza noc w lokalu owocowała w niespodzianki. Słyszały, że to artystyczny lokal i że czasami można tutaj spotkać prawdziwych artystów. Dziewczyny nie dowierzały. Po chwili, jak na zawołanie, przyszedł Mazowiecki z teczką na szkice. Za nim wpadł szef miejscowego ZPAP-u. Był pijany i każdego metalowca targał lekko za włosy. Potem do lokalu zawitał grajek uliczny z wiecznie ogorzałą twarzą. Znały go, więc przekonały się zupełnie do cyganeryjnego charakteru tego miejsca. Agnieszka z Suwałk była niegdyś harcerką, więc intonowała pieśni znane tylko jej zastępowi. Opowiadały o przyjaźni, intymności i harcerskiej uczciwości.

Paweł zauważył, że siedząca przy nim Ula spływa powoli po krześle. Objął ją, aby nie zsunęła się pod stolik. Dziewczyna z wdzięcznością spojrzała na niego i prawie przez sen umówiła się z nim na następny dzień. Miała taką uroczą właściwość, że gdy była już wstawiona, lewe oko uciekało jej na bok. Drugim sygnałem jej upojenia była krzykliwość. Zezując na salę, wykrzykiwała: „Pal gumiaka”, czyli prawdopodobnie najtęższe suwalskie przekleństwo. Marta zaś na lewo i prawo rozdawała tajemnicze uśmiechy. Była naprawdę ładna – długie, proste włosy, duże oczy. Jej drobne palce były lekko sine od nadmiaru biżuterii. Byle pierścionek z cyrkonią zaciskał się na jej palcu. Potem zaczęła oddawać się. Najpierw dyskdżokejom, bo byli modni, potem gitarzystom lokalnych zespołów, bo występowali na juwenaliach. Jedynym ratunkiem dla tych improduktywek z Suwałk jest znalezienie sobie bogatych i cierpliwych małżonków.

Ale tego dnia Paweł zauważył, że do lokalu weszła Cycata, i od razu porzucił pijaną Ulę. Poszedł do niej i nawiązał kontakt. Spytała się go pewnie o jakość swojego biustu, bo już po chwili performer podtrzymywał jej piersi. Znajome z Suwałk doniosły jej zaraz o tym, więc musiałem wytłumaczyć kolegę. Cycata stała się porzuconą przez chłopaka kuzynką artysty. Była meblem, który w dowolne miejsce można było przenieść. Mogła zagrać każdy rekwizyt. Cycata nie mówiła. Łatwo robiono z niej męczennicę, kogoś, kto potrzebuje pocieszenia.

A Suwałki były obciachowe. Jedna miała narzeczonego i nie miała zasad. Jedna chciała nie mieć zasad i nie miała narzeczonego. Jedna chciała narzeczonego, ale miała zasady. Wszystkie zasady i tak w końcu wzięły w łeb. Były na czwartym roku i nie chciały wracać do Suwałk. Były małomiasteczkowymi grupis, chociaż z początku nie oddawały się nikomu. Przyznawały się do znajomości z wszystkimi ludźmi pełniącymi funkcje publiczne. Kręciły się zawsze koło barmanów i obsługi. Przeszły na „ty” z ulicznymi gitarzystami. Czasami przychodził do Milesa ich znajomy, który w czasie występów na Szerokiej przymocował sobie do nogi tamburyno. Wyglądało to tak, jakby Paul McCartney przymocował do nogi swoją żonę. W lokalach bluesowych, dyskotekowych czy jazzowych zamawiały zawsze Stare Dobre Małżeństwo. Wszyscy się z nich śmiali. Nikt nie rozumiał ich dobrego samopoczucia. Nawet dość mocny komentarz nie wywoływał w ich umysłach najmniejszego poruszenia. Próbowały zgrywać uduchowione, a tak naprawdę były zwykłymi vivami. Chciały być wyraźne, a były mdłe jak palmale lajty.

Wszędzie czyhały studenckie pułapki matrymonialne. Weźmy na przykład taką Dominikę z rusycystyki. Karierę rozpoczęła od związku z nauczycielem rosyjskiego w liceum – 55-letnim panem domu, którego uważała za swoją wielką nastoletnią miłość. Na studiach oddawała się tylko świrom. Ten pierwszy ją bił, drugi śledził, wyzywał, założył podsłuch w akademiku, pobił kolegę z roku, z którym zagadała się na korytarzu. Trzeci postanowił, że rzuci się dla niej z mostu. Za pierwszym razem zablokował ruch w całym mieście, gdy policjanci bezskutecznie łapali go po całej przeprawie. Za drugim wpierdol spuścili mu wkurwieni do białości kierowcy, którzy znów musieli czekać godzinę w korku. Czwartemu w akademiku urządziła detoks – leczyła go z amfetaminizmu, więc na przemian się pocili w siebie, na przemian leczyli z kaca. Jednocześnie sypiała też z wykładowcami ze swojego kierunku. Nie miała też nic przeciwko z romansowaniem z tymi, którzy uczyli na innych wydziałach.

Spała też z Filipem - gdy po południu ocknął się w jej łóżku, czekał na niego tradycyjny obiad: ziemniaki tłuczone, schabowe w migdałowej panierce z plastrem sera i buraczki z cebulką. Wiedział, że Ruska Dominika zarzuca na niego swoje pluszowe sieci, że licznik jej wybił cztery lata na studiach. Nie dał się lasce. Zjadł i uciekł. Ruska Dominika bawiła się w najlepsze w Milesie. Do wszystkich kawałków miała taką samą choreografię – kiedy barman wybierał coś spokojniejszego, zwalniała jedynie tempo kroków.

Unikać należy też bywalczyń klubów studenckich, które trzymają się w kilkuosobowych grupkach. Uważają się za istoty całkowicie niezależne, ale gdy choć jedna z nich znajdzie sobie studenta, one też chcą mieć swojego. Gdy jedna z nich żegna studenta, inne chcą je wesprzeć w panieństwie i porzucają swoich studentów. Uważają się za lepsze od nołnejmsów i neutralsów, lasak tanich i niewydepilowanych. Chcą wyszczekać się za młodu, żeby później wiedzieć, kiedy szczekać.

Generalnie są do niczego. Liczą, że w drodze zawodowej pomoże im dyplom uniwersytecki i kilka wolontariatów – liberalna gospodarka ceni darmową siłę roboczą. Rozpaczliwie zachowują się w okolicach czwartego roku. Bo co się stanie, gdy im matrymonialnie się nie powiedzie? Pokończą te swoje niepraktyczne studia, z których i tak nic nie wyniosą, i wrócą do siebie. Do wsi, do gminnych kin, w których nowością jest „Titanic”.

Więc ciężko pracują, aby wstydu nie było, aby zadowolić rodzinę, która dała im pięcioletnie memorandum na brak kasy i poszukiwanie faceta z kasą. Na piątym roku mają już swoich wymarzonych grubych facetów z latynoską bródką i w tajemnicy przed nimi biorą regularnie kwas foliowy, aby ich pierwsze dziecko urodziło się bez dodatkowej pary chromosomów.

Nie wolno być z nimi, bo to oznacza prawdziwe kłopoty. Ich wyszczekanie nie raz sprawiło mi problemy z dresiarzami, którzy nie mają poczucia humoru, ale wiedzą, że dziewcząt nie powinno się bić. Chętnie pobiją za to ich chłopaków. Wtedy jest źle.

Proste pytanie: ilu z nas, panowie, w czasie podobnej sytuacji nie chciałoby krzyknąć: „Dobra. Bierzcie dziewczynę i zostawcie mnie spokoju”?

środa, 30 listopada 2011

Revolution will not be televised



Toruń ma wiele twarzy. Dla niektórych jest „miastem sportu”, dla innych „miastem rowerów” albo „Europejską Stolicą Kultury 2016”, jeszcze inni widzą w nim „miasto roztańczone”, w którym żyje się z pasją, a gdzie gotyk jest na dotyk, a kosmos na wyciągnięcie ręki. Nie dajcie się zwieść sloganom - jeśli ktoś chce przekonać się, jaki jest Toruń w rzeczywistości, powinien koniecznie zobaczyć miasto z perspektywy stacji TVK.

Generalnie Toruń i jego dynamiczną codzienność najlepiej definiuje plansza tytułowa „Aktualności toruńskich”, którą zapewne przygotował hipster rozkochany w możliwościach graficznych telegazety z lat 90. Za spikerką nie ma gwarnego newsroomu, co jest też w gruncie rzeczy ciekawą odskocznią od stylistyki dużych stacji telewizyjnych. Irytować może jej zbyt staranna wymowa obcobrzmiących nazwisk i akcent inicjalny, który wyraża szczery entuzjazm i osobiste zaangażowanie.

Na szczęście nikt tu nie poszukiwał gorączkowej ucieczki od nudy konferencji prasowych. Jest na to niezawodny sposób. Skręcić pilnych dziennikarzy zawzięcie notujących coś w kajecikach albo radiowców krzepko dzierżących pałki w dłoni, którzy z lekkim uniesieniem i błyskiem w oku rejestrują każdą wypowiedź. Są jeszcze fotoreporterzy, ci zawsze wykazują się inwencją i płaszczą się przed bohaterami albo nerwowo przeglądają zdjęcia w aparacie.

Nie wiem, jakie standardy dziennikarskie obowiązują w tej stacji. Na pewno dalekie jest jej dziennikarstwo opiniotwórcze i interwencyjne, w jakimś stopniu walczące i niepokorne. Ich newsy to zwizualizowane wersje oficjalnych komunikatów. Bez humoru, bez luzu, zawsze na wysokim diapazonie, tak jakby generał znów ogłaszał znaną wiadomość. Powstaje wrażenie, że w Toruniu mieszkają sami urzędnicy i działacze. Raz na jakiś czas pozwala się wygadać mieszkańcom. Dużo jest prezydenta, który mówi w pierwszym newsie „Współdziałanie” albo na jubileuszu szkoły muzycznej, gdzie chyba złośliwie cytuje się jego dość niefortunną wypowiedź: „W Państwa szkole wszystko naprawdę gra, i to najwyższych tonach”. Znaczy się: piszczy?

I język – skrzypi jak Polska Agencja Prasowa w latach 80. Krzysztof Koman - raczej człowiek nowy w tej branży – odpowiada za materiał, w którym ponury głos w tle mówi: „Odznaczenia przyznane Pomorskiemu Okręgowi Wojskowemu i generałowi Zbigniewowi Dulebie to wyraz uznania władz samorządowych dla instytucji, która po 92 latach istnienia zostaje rozformowana decyzją ministra obrony narodowej”. Później pada: „radni omawiali również perspektywę finansową i zadania do realizacji kompleksowego programu gospodarki wodnej naszego województwa”. Jak to brzmi? Jak meldunek.

To jaki jest Toruń? Piękny. Instytucje pełne są tytanów pracy, którzy kosztem wolnego czasu pochylą się nad problemem mieszkańca, dziennikarze są czujni i niepokorni, urzędnicy są merytorycznie przygotowani i mają odpowiedź na wszystkie pytania, gale są uroczyste i odświętne, tablice są poświęcone i odsłonięte, inwestycje są konieczne i kończą się w terminie, krytyka jest zawsze mile widziana, debata jest ważna i ważne jest wsłuchanie się w głos mieszkańców, artyści są szaleni i niepokorni, inicjatywy są szlachetne i powinny być kontynuowane, remonty bywają niedogodne, skrzyżowania są przejezdne, mecenasi są hojni i wrażliwi, budżet jest proinwestycyjny i progresywny, studenci są pilni i rozkoszni, radni są jednomyślni, wizyty są gospodarskie, a prezydent jest zawsze kadrowany z dołu, co w dostojny sposób uwydatnia jego wrodzone cechy przywódcze.

I kiedy się zacznie, a zacznie się niebawem, nikt nawet nie dojrzy pierwszych objawów.

czwartek, 24 listopada 2011

Do przyjaciół studentów



Mówiąc o studentach, zwykle cytuję myśl jednego z profesorów, który powtarzał, że stan toruńskiej kultury można zdefiniować, posługując się pewną sinusoidą: co pięć lat sytuacja w mieście się diametralnie zmienia, po dobrych rocznikach przychodzą roczniki słabe. Nie pomylę się chyba za bardzo w diagnozie, stwierdzając, że znajdujemy się w niepłodnej fazie cyklu.

Jeżeli się rozejrzymy po pejzażu kulturalnym miasta, okaże się, że najciekawsze inicjatywy artystyczne w ostatnich latach to dzieła pokolenia przełomu lat 70. i 80.: eNeRDe, Instytut B61, Tofifest, Kontrapunkt.

Wychodzi na to, że ta przeklęta Generacja Nic zdominowała Toruń i próżno szukać u nas cennych przedsięwzięć kulturalnych autorstwa studentów. W tym morzu bezwładu i pasywności są oczywiście nieliczne wyjątki, które jedynie udowadniają, jak licha jest jakość działań twórczych młodej społeczności akademickiej. Toruń nie doczekał się kultury studenckiej, której znakiem w innych ośrodkach jest wręcz nadprodukcja kabaretów, zespołów muzycznych, alternatywnych teatrów, grup eksperymentalnych i amatorskiego ruchu krytycznego.

To wszystko oczywiście się przekłada na frekwencję na imprezach artystycznych – chyba jedynie Teatr Horzycy nie może narzekać na brak widowni. Tracą wszyscy: organizatorzy festiwali, koncertów, wystaw, spotkań literackich. Tendencja spadkowa jest szczególnie widoczna w przypadku Od Nowy – coś się stało, że studenci nie chcą przychodzić do jedynego klubu studenckiego w mieście.

Taka jest kultura w mieście, jaki jest uniwersytet. Można mieć pretensje do trzydziestoletnich liderów środowiska artystycznego, że w tym momencie skupiają się na własnych karierach, ale większe baty należą się studentom, którzy w żaden sposób nie chcą wypełniać pustki po nich. Jest miejsce do działania – bez problemu można zorganizować dziś imprezę w eNeRDe, Kontrapunkcie, Bunkrze, Drażach, Tratwie, a nawet w Dworze Artusa, Domu Muz, CK Zamek Krzyżacki. Bez budżetu albo z budżetem minimalnym. Ze wsparciem magistratu, jego instytucji albo samorządu województwa. Gdzie są teatry i literaci? Nie ma poezji śpiewanej i kabaretu? Gdzie są młode zespoły muzyczne?

Niestety muszę to powiedzieć: za moich czasów nie było takich możliwości. Zacząłem studia w momencie, gdy powstawało województwo kujawsko-pomorskie i wówczas nikt nawet nie marzył o zdobywaniu pieniędzy z tego źródła. Początkowo nie było otwartych konkursów na miejskie dotacje. Panowała wolnoamerykanka. Nie mogliśmy liczyć też na samorząd studencki, który kasę ładował w juwenalia. Ale to nie powstrzymało nas od założenia ostatniego pisma literackiego w tym mieście, wydania serii książek, organizacji regularnych imprez w Piwnicy Pod Aniołem i Domu Muz oraz przygotowania kilku edycji Majowego Buumu Poetyckiego. Pierwszy empikowy numer „Undergruntu” - blisko tysiąc egzemplarzy - rozszedł się w niecały tydzień. Byliśmy wtedy na drugim i trzecim roku studiów.

A wszystko dlatego że gdzieś w okolicach pierwszego roku dotarło do nas, że generalnie będzie źle, o ile czegoś ze sobą nie zrobimy. Wokół panowała kompletna pustka, którą jak pionierzy zaczęliśmy zaludniać nowymi ideami i zdarzeniami. Nie było problemów z publicznością – na imprezach w Piwnicy Pod Aniołem bywało u nas nawet trzysta osób. Na zwykłych nudnych recytacjach studenckiej poezji.

Poczytałem sobie Wasze komentarze pod wpisem o lip dubie. Nie da się obronić tego wideo w żaden sposób. Narzekania, że w nagraniu wzięło udział 80 studentów, tylko potwierdzają tezę o niewielkim potencjale tego młodego środowiska. Aż ciężko uwierzyć, że całą społeczność stać jedynie na tak nudnego gluta – do tego jeszcze przy pełnej aprobacie uczelni.

Drodzy studenci, wszyscy usunęli się ze sceny, nie ma konkurencji, są możliwości. Piękne dekoracje do zdobycia i wypełnienia treścią. Miasto jest wasze.

wtorek, 22 listopada 2011

Lip dub po toruńsku. Coś dla zmęczonych poczuciem rytmu

UMK jest ostatnim uniwersytetem na świecie, który stworzył swój lip dub. Wideo powstało w wyniku przetargu nieograniczonego na kampanię reklamową budowy Collegium Humanisticum na Bielanach - tego wymaga od uczelni Unia Europejska, która przyznała jej dotację na inwestycję. Nie żartuję.

Szedłem o zakład, że będzie katastrofa. No i jest katastrofa.



Choć trudno uwierzyć, mogło być jeszcze gorzej. UMK chciało usilnie zabłysnąć na demotach w całym kraju z tekstem: „Toruń. Tu się śpiewa lip duby”. Uczelnia zażyczyła sobie w specyfikacjach przetargowych, żeby piosenkę nagrał i wykonał w wideoklipie chór akademicki UMK. Z góry narzucili też kawałek, który mieli wykonać studenci – to „Freedom” Duke'a Ellingtona. Nie ma co dawać zbyt wiele freedomu studentom, bo wszystko zepsują.

Na szczęście nasza wszechnica odeszła od pierwotnego konceptu i wybrała coś bardziej – jak to się mówi – up to date. Niewiele to pomogło.

Początek jest całkowicie żenujący. Ekipa z miasta (Rydzyk? Zaleski?) nakazuje uprowadzenie Kopernika, który jest większą ikoną niż ekipa z miasta. Prosta motywacja. Szkoda tylko, że nie zdążyliśmy polubić Mikusia, bo gubi się wśród studentów na pustych korytarzach Collegium Humanisticum.

Kopernik ucieka przez salę wykładową bez wykładowcy – wiadomo, niektórzy prowadzą intensywne badania nad środowiskiem studentów pozbawionym obecności wykładowcy. Gonią go blues brothers, ich prędkość mierzy suszarką aspirantka sztabowa – coś ewidentnie musiała przeskrobać, że teraz w odblaskach musi straszyć sankcją.

Collegium Humanisticum jest puste i wyludnione, na ścianach nic nie wisi. Studenci ruszają się jakoś niemrawo, pobudzają się na widok kamery, ale średnio im to idzie. Jest bardzo nudno, jakby właśnie specjaliści od BHP na obowiązkowym szkoleniu opowiadali doskonale znane anegdoty, że nie należy myć owoców ciepłą wodą i że znają robotnika z fabryki chemikaliów, który w tak zapalczywym gniewie dłubał sobie w nosie, że przepalił na wylot przegrodę.

Zbyt długo już mieszkam w internecie, żeby mnie coś takiego jak lip dub poruszało. Konwencja, która ma rok, jest w tych przestrzeniach zabytkiem. Generalnie cały filmik najlepiej podsumowuje ta fejkowa reklama:

piątek, 18 listopada 2011

Solistki

Najłagodniej rzecz ujmując, wokalistki mają w Polsce przesrane. Liczba śpiewających pań na naszym rynku jest ograniczona jakąś dziwną kwotą. Powinny dominować, bo nie da się w tym kraju znaleźć faceta, który równałbym się z Georgem Michaelem albo Eltonem Johnem.

Toruń też nie błyszczy męskimi głosami - jeden Sławek Uniatowski wiosny nie czyni. Wokaliści nie są generalnie źli, ale trudno, żeby panowie z Manchesteru, Kobranocki, Sofy, Hotelu Kosmos, MGM i innych zespołów konkurowali z głosami popowymi.

W Toruniu pojawiły się trzy wspaniałe głosy: Hanna Drewnowska, Joanna Fostiak i Joanna Solarska. Wszystkie mają już na koncie jakieś tam dokonania, ale tak naprawdę pełnię ich wokalnego kunsztu można dopiero rozpoznać w popie, który kocha mocne kobiece głosy.

Te trzy wokale przedstawił didżej Ike na swojej płycie „Listen”. Ike ma niezły instynkt do dobierania sobie żeńskich wokali. Pod tym kątem płyta robi piorunujące wrażenie.

Proszę Państwo, oto Solistki:

Hanna Drewnowska


Joanna Fostiak


Joanna Solarska


Od lat wrażenie na mnie robi magiczny wokal Marty Rogalskiej z Pchełek. A ostatnio przeżyłem estetyczny wstrząs w Hippisówce, gdzie z „Rolling in the Deep” zmierzyła się na karaoke Marta Lityńska. Podejrzewam, że w komplementach przekroczyłem wówczas delikatnie jakąś małą granicę żenady, ale było warto.

W końcu coś ciekawego zaczyna się w Toruniu.

środa, 16 listopada 2011

11.11.11 Wyznania chłopca z getta



Na ulicach spotykasz się z agresją. Taką personifikowaną w 17-letnim gnojku z nożem. Ty, dorosły w końcu mężczyzna, mówisz o tym ze wstydem. Dałeś się skroić nielatowi. Który twoją komórkę sprzeda, żeby mieć na melodyjki w komórce. Bo to rzecz dumy: dałeś się rozbić gówniarzowi, dałeś się podejść.

Jak możesz być lewicowcem, kiedy własna klasa robotnicza – jej synowie i córki – ta klasa robotnicza, którą zachwalasz, o której prawa się upominasz, ona ciebie kroi, pozbawia ciebie dóbr i dumy. Co ty na to? Dlaczego odwracasz głowę, kiedy siedzisz obok pijanej kobiety w autobusie? Dlaczego? Wraca z hipermarketu. Wypiła po drodze, bo nie chciała się z nikim dzielić swoim wstydem.

Jak możesz być lewicowcem, kiedy się brzydzisz proletariatem. Brzydzisz się publicznych toalet, publicznych zlewów i śmieci. Przerażają ciebie klamki w urzędach i pociągach. Dlaczego się bronisz przed dotykaniem poręczy i oparć? Dlaczego nawet pieniądze są brudne? Dlaczego wolisz karty? Przelewy. Te pieniądze przekładali w palcach. Twoja duma jest w wyższości nad żebrakiem, którego sumienie kupujesz za złotówkę. Twoja wyższość jest w karcie płatniczej o wysokim limicie.

Aborcja, prawa mniejszości seksualnych, prawa kobiet, bezpłatna oświata i lecznictwo. Ta mantra. Obrzydzenie na widok bezdomnego, obrzydzenie na widok niedouczonego młodego przestępcy, którego przed 24. rokiem życia czeka jedynie perspektywa przesiedzenia kilku lat w celi dla młodocianych niegrypsujących. Którym życzysz jak najgorzej, mimo że mieszczą w boskim planie zbawienia poprzez aborcję, prawa mniejszości seksualnych, prawa kobiet, bezpłatną oświatę i lecznictwo.

Lewica nie chce, aby proletariat się reprodukował. Aborcja utnie problem rodzin wielodzietnych. Większe prawa mniejszości seksualnych usankcjonują niepłodny model partnerstwa. Nie ma ryzyka, że powstanie kolejny proletariusz. Prawa kobiet oznaczają to, że samice będą miały więcej do powiedzenia, jeśli chodzi o swoje ciało. Na wypadek, gdyby chciały rodzić proletariuszy. Gdy ci proletariusze się już urodzą, niech wiedzą, że znakiem pozycji społecznej jest wykształcenie, które na razie mogą odebrać za darmo. Dzięki temu podzielą świat na tych, którzy mówią „przyszłem” i „poszedłem”. A to zawsze celnie rozróżnia klasy. A lecznictwo? Niech proletariusze wiedzą, że się nimi opiekujemy. Że nie zniszczy ich alkoholizm, nikotynizm, narkomania. To jest ta lewicowość: zrobić, żeby jak najmniej było skurwysynów z wąsami, w drelichowych lub kreszowych szelestach, w rozciągniętych spodniach.

Bo oni mają tę przewagę, że się rozmnażają. U nich dziecko nie jest zobowiązaniem i inwestycją. Ono po prostu jest. Dziecko dla nas jest szokiem, który zmienia świat. Dla nich jest oczywistością. Spałeś, zapłodniłeś. Prosty schemat fabularny.

Śmierć? Śmierć też jest stałym kosztem. Życie nie ma dla nich takiej wartości jak dla nas. To oni łamią sobie karki na basenach, to oni zabijają się po wyjeździe z dyskoteki, tracą głowy w czasie jazdy na motorze. Przypadkiem wyskakują z okien po pijaku, biją się do pierwszej krwi lub śmierci. Śmierć otulonego klubowym szalikiem chłopca w barwach klubowych. Dłoń spalona od racy na meczu piłkarskim. Nóż w brzuchu na podmiejskiej zabawie. Życie nie ma dla nich znaczenia, więc wybraliśmy dla nich bezpłatną i sterylną aborcję. I konsultacje psychologiczne w razie wątpliwości.

Bohaterami twoich fantazji są młodzi mężczyźni, których zwykle dzieli od ciebie kordon policji. Żeby ich uspokoić, trzeba dać im żużel i piłkę. Raz na jakiś czas kusić promocjami, dać im trochę zarobić. Nie spalą twojego samochodu, nie obrzucą ci domu kamieniami. Możesz spać spokojnym snem zrealizowanej klasy średniej. Nie musisz się z nimi liczyć, siedzisz w swoim getcie, otoczony cytatami z Marksa i garścią młodzieńczych truizmów.

Jestem lewicowcem. Nie wzrusza mnie giełda, nie płaczę, czytając „Puls biznesu”.

piątek, 11 listopada 2011

Moja Kolorowa Niepodległa



Teatr Wiczy obchodzi w tym roku dwudziestolecie istnienia. 11 listopada – w kolejne rocznice powstania zespołu – przyjaciele teatru spotykają się i wspólnie świętują. Tym razem padło na Kontrapunkt.

Przed ponad dziesięć lat wytrwale śledziłem losy tego teatru. Byłem na najważniejszych premierach, otwarciach i zamknięciach festiwali, swego czasu rezydowałem w ich knajpie w piwnicy Ratusza Staromiejskiego. Wiele naszych dyskusji przeciągało się do rana. Nieraz kończyły się totalnym zniszczeniem albo kłótnią. Zawsze to były inspirujące i owocne spotkania.

Zespół znam od podszewki. Romek Pokojski wykształcił rozpoznawalny styl inscenizacji. Twórca Teatru Wiczy może przygotowywać spektakle na podstawie klasyki dramatycznej, sztuki dla dzieci i manifesty polityczne, ale i tak na wszystkim zostawi swój znak. Nawet w reporterskim tekście poszukuje możliwości stworzenia widowiska przełamującego realizm. Wszędzie, gdzie widz domaga się autentyczności, on buduje świat umowny i nierzeczywisty. W scenach odjechanych w kierunku surrealizmu – na przekór oczekiwaniom - mocno trzyma się rzeczywistości.

11 listopada Kolorową Niepodległą spędzę wśród ludzi, z których wielu mogę zaliczyć do grona przyjaciół.

wtorek, 8 listopada 2011

Odszedł Marek Wakarecy



Wiadomość o nagłej śmierci Marka Wakarecego była dla mnie wielkim szokiem. Były dyrektor Toruńskiej Orkiestry Symfoniczne zginął w poniedziałek w wypadku samochodowym. To człowiek, który dzięki swojej desperacji i pracowitości awansował instytucjonalnie toruńską orkiestrę.

W „Gazecie” raz na jakiś czas trzeba wzbogacić materiał o tzw. wypowiedź eksperta. Zazwyczaj dziennikarz nie zadaje sobie trudu osobistej rozmowy z bohaterem tej małej rameczki i krótki wywiad przeprowadza przez telefon – głównie dla oszczędności czasu. Rzadko kiedy odmawiałem sobie przyjemności osobistej rozmowy z Markiem Wakarecym. Gościł mnie zawsze w skromnym, wręcz obskurnym gabinecie na niewyremontowanym strychu Dworu Artusa. - Czego się pan napije? Mam niestety tylko kawę rozpuszczalną i herbatę owocową – mówił, włączając czajnik elektryczny.

Rozmawialiśmy głównie o staraniach Torunia o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, budowie Centrum Sztuki Współczesnej, przekształceniu orkiestry kameralnej w mały skład symfoniczny. Potrafił powiedzieć, że na inauguracji festiwalu, który miałby się rozpocząć za rok, Piotr Pławner wykona skrzypcowe koncerty Czajkowskiego, a towarzyszyć mu będzie orkiestra pod batutą Jerzego Salwarowskiego. Matematyczna precyzja.

Sypał anegdotami związanymi z gośćmi festiwali, które sam powołał do istnienia. - Był problem z rumuńskim wiolonczelistą Mirelem Iancovicim – opowiadał. - Otóż nie skłamałbym, gdybym powiedział, że jego wiolonczela Guarneri jest warta nieco ponad milion dolarów. Zastanawiałem się, czy nie ogłosić tego jako ciekawostki w czasie koncertu. Postanowiłem jednak nie mówić, bo to mogłoby kogoś sprowokować do kradzieży. Gdy odprowadzałem artystę w sobotnią noc, miałem duszę na ramieniu.

Pamiętam, jak do „Gazety” zadzwonił wzburzony czytelnik, który utyskiwał na słaby jego zdaniem repertuar Toruńskiej Orkiestry Kameralnej. Narzekał, że znudziła go do bólu VI Symfonia Piotra Czajkowskiego" i II Koncert fortepianowy Sergiusza Rachmaninowa, których prezentacja otworzyła jeden z sezonów toruńskich symfoników. Mówił też, że w programie brakuje kompozytorów XX wieku, przede wszystkim Szostakowicza i Prokofiewa. W eleganckich liście skierowanym do czytelnika, a opublikowanym w „Gazecie”, dyrektor zaznaczył, że dzieła Czajkowskiego i Rachmaninowa doczekały się jedynie dwóch wykonań w Toruniu, ale rzeczywiście z literaturą muzyczną XX wieku jest problem – większość utworów orkiestrowych tych Szostkiewicza i Prokofiewa powstało na wielką orkiestrę symfoniczną. Jego zespół od razu nadrobi te zaległości repertuarowe, gdy stanie się składem symfonicznym.

Wakarecy jest architektem Toruńskiej Orkiestry Symfonicznej. Kameraliści przez kilka lat przygotowywali się do zmian kadrowych. Do składu małej orkiestry symfonicznej już w 2004 roku brakowało im zatrudnienia na stałe jedynie ośmiu instrumentów: trzech puzonów, tuby, dwóch waltorni i dwojga skrzypiec. Wakarecy postawił na rozwój stopniowy i rozważny. - Zależy nam przede wszystkim na spokojnej i trwałej w konsekwencji budowie toruńskiego środowiska twórców i odbiorców. Możemy oczywiście nadal zapraszać innych muzyków do wykonywania koncertów symfonicznych, ale wolelibyśmy sami wykształcić sobie kadry. Na to trzeba czasu. Nie chcemy iść na łatwiznę i raz do roku zapraszać do Torunia Symfonii Varsovia - mówił „Gazecie".

Wcześniej tłumaczył: - W mieście uniwersyteckim istnienie orkiestry symfonicznej jest wręcz koniecznością. Taka instytucja buduje prestiż. Kiedyś słyszałem, że w gdzieś w Polsce miała powstać duża fabryka samochodów. Inwestor przeprowadził kompleksowe badania rynku. Interesował go potencjał intelektualny i kulturalny miasta, jego otwartość na idee, a nawet to, jak mieszkańcy spędzają wolny czas. To miasto straciło wiele w oczach firmy, gdy dowiedziała się, że nie ma tam orkiestry symfonicznej. Rozwój orkiestry sprawi, że Toruń trafi na wyższą półkę, że jego kolejna część oderwie się od prowincjonalności.

Udało mu się, ale pod koniec 2006 roku postanowił odejść z orkiestry. - To osobisty protest przeciwko temu, jak władze traktują mój zespół. Może na to miejsce przyjdzie ktoś, komu łatwiej znieść politykę kulturalną magistratu – mówił.

Uznał, że nie jest w stanie zapobiec stopniowemu odchodzeniu młodych i zdolnych instrumentalistów do bogatszych zespołów. Okazało się, że toruńscy muzycy zarabiają źle – młodzi dostawali wówczas na rękę około 1100 zł miesięcznie. Po długiej – trwającej niemal dwie dekady edukacji artystycznej – to musiało frustrować. Szefostwo miejskiej kultury w tym czasie zdobyło się jedynie na kilka sloganów o tym, że młodzi i zdolni szukają coraz lepszych ofert pracy, że ważna jest konkurencyjność, że dodatkowe pieniądze dla orkiestry nie przyniosą żadnej widocznej zmiany. Inni urzędnicy cynicznie zauważali, że dzień pracy muzyka trwa około czterech godzin, że wielu z nich na pół etatu jest zmuszonych pracować w szkole muzycznej, więc sobie radzą. Wakarecy przez prawie 13 lat pracy nigdy nie pobrał „trzynastki", a od 2001 roku jego pensja w ogóle nie wzrosła.

Akt dyrektora i kolejne artykuły „Gazety” sprawiły, że urzędnicy zwiększyli zarobki muzyków i obiecały kolejne podwyżki. Wakarecy odszedł z orkiestry z klasą - bez awantury i osobistych pretensji, bez żądzy rewanżu na szefach toruńskiej kultury, którzy zawiedli jego zespół.

Lista dokonań Wakarecego jest imponująca. Oprócz stworzenia orkiestry symfonicznej, przypomniał Toruniowi o tradycjach koncertów w kościołach, pałacach i kamienicach i stworzył Muzykę i Architekturę. Pokolenia młodych muzyków zapamiętały go jako zaangażowanego i ciepłego nauczyciela skrzypiec w szkole muzycznej. Toruń będzie mu zawdzięczał także salę koncertową – Wakarecy przez miesiące pracował w Urzędzie Marszałkowskim nad funkcjonalnością tego obiektu.

Długo rozmawialiśmy o warunkach akustycznych tej sali, tłumaczył mi wszelkie zawiłości np. że ubrania publiczności pochłaniają dźwięk i że to też trzeba uwzględniać w projekcie. Najlepiej zapamiętałem jednak krótką rozmowę, gdy niemal rok po awanturze z zarobkami orkiestry zadzwonił do mnie i zapytał: „Pamięta pan, jak obiecałem panu w czasie wywiadu, że opowiem panu, gdy znajdę nową pracę?”

Marek Wakarecy był człowiekiem o wielkiej klasie, inteligencji i wrażliwości. Zmienił na zawsze Toruń.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Kilka myśli na początek listopada



Winą za to, że Toruń o tej porze roku zupełnie mi się nie podoba, najprościej obciążyć porę roku. Jesienny Toruń jest jesienny. A może po prostu to miasto parszywieje? Staje się miejscem boleśnie oczywistym i przewidywalnym, w którym nie czeka mnie już żadna niespodzianka?

Nie trzeba być wytrawnym strategiem, żeby przewidzieć jego następne ruchy. Gdybym był zwolennikiem teorii spiskowych, podejrzewałbym, że nawet bunt w tym mieście jest wystudiowany i wyreżyserowany. Wszyscy zachowują się zgodnie ze scenariuszem.

Wiedziałem, że do gry po kilku latach powróci wykluczony zawodnik. Nie można było zbyt wcześnie ruszać go z ławki kar, bo publiczność tego by raczej nie zniosła. Oficjalnie niekarany, o zatartej przeszłości, od kilku lat nieposzlakowanej teraźniejszości, w pełni zresocjalizowany. Będziemy się przypatrywać temu błyskotliwemu comebackowi. Pamiętane będą czyny i rozmowy.

Zima nadchodzi i miasto znów przejmą didżeje.

Zima nadchodzi, więc czeka mnie czekanie w kolejkach do lekarza ze starymi kobietami – każda z nich ma narząd, o który zanosi przed Boga modlitwy. Częściej się modlą o swoją trzustkę niż o swoje dzieci.

Zima nadchodzi, więc skończą się imprezy przed Kontrapunktem. Średnio znoszę wnętrze tego lokalu, obawiam się, że za rogu wyjdzie zaraz multiagent ubezpieczeniowy i wręczy mi do podpisania polisę AC na nieistniejący samochód.

Zima nadchodzi, a ja zastanawiam się, gdzie jest „Res Publica” z ich zakrojoną na szeroką skalę pracą na rzecz Torunia. Mówili, że będą chodzili po knajpach, żeby biesiadnikom zadawać trudne pytania o lokalne dziedzictwo historyczne i potencjał kulturowy. Nie widziałem ich w Grocie, Zezowatym Szczęściu, Tratwie i Desperado.

Zima nadchodzi. Przerażeni i pasywni młodzi ludzie. Przerażeni i pasywni młodzi poeci dzwonią do mnie z zastrzeżonych numerów, bo tylko tak mogą liczyć na moją ciekawość.

W warszawskiej knajpie spotkałem gitarzystę zespołu, który był absolutną rewelacją w latach 80. Z racji raczej dobrego wychowania łaskawie pominę nazwę i nazwisko. Trudno zdefiniować stan skupienia tego muzyka: w zasadzie był najbliżej cieczy, którą w kształcie człowieka utrzymywał szkielet i skóra. Gdy bar włączał kawałki z lat jego młodości, z lubością chwytał za zmyśloną gitarę: „Znam tego, ten-ten, który tam-tam, di-dum, di-dum, w tej-tam oktawie” - opowiadał o linii basu w piosence Urszuli. „A ja ten-ten, w tej drugiej, tej-tam znanej, na tym-tym” i znowu chwytał za powietrzny instrument. W tym stanie nie za bardzo dało się z nim dogadać, bo polski był jego drugim językiem.

Warszawa ugina się od biografii ludzi, którzy w przeróżny sposób pielęgnują swoją ułomną albo urojoną wielkość. Toruń akurat w tym się zupełnie nie różni od stolicy. Miasto żyje mitami z lat 80. i 90. Ja żyję mitami sprzed dziesięciu lat, kiedy człowiek był młody i po knajpach chodził z małym rewolwerem, który mógł zabić tylko starca albo niemowlę.

Pora dać spokój sobie z tym miastem, z jego wieczną jesienią i depresją, i jakoś na nowo ułożyć sobie tutaj życie. W Toruniu można być silny siłą swojej rezygnacji.

piątek, 4 listopada 2011

Wiele się działo, nie powiem



Warszawa. Przez dwa tygodnie w bloku na Bluszczańskiej nie widziałem ani jednego sąsiada. W nocy słychać głosy, ktoś na syntezatorzy gra jakieś upiorne industrial electro. Winda czasami jeździ samotnie między parterem a czwartym piętrem. 31 października pod drzwi podszedł mały kościotrupek i wiedźma, miałem tylko kitkata, nie było czym się dzielić.

Gdy szedłem Bluszczańską, obok dwóch bezdomnych leżał ich kolega. - Co on tak leży? - zapytałem. - Zmęczony - odpowiedzieli. W Warszawie widziałem bezdomną w mini w towarzystwie bezdomnych, którzy wyglądali jak bezdomni. Opowiadali wzburzeni, że modelka z „Top Model” odpadła z programu, bo nie chciała się rozebrać. W Warszawie są bezdomni, którzy nie mają domu, ale mają telewizor.

W Puzzle Quest został mi ostatni boss - Lord Bane. Nikt z hardcorowych graczy nie przyzna się do jednej rzeczy - komputer oszukuje.

Pisałem. Jednym z bohaterów będzie Kamil. Cierpiący na lekką encefalopatię homoseksualny bokser polonista. Ciekaw jestem, jak to zabrzmi po niemiecku.

Byłem w knajpie w jakimś pawilonie na Niepodległości. Nie wychodziłem z palarni. Przy barze kręcili się legioniści, których dziewczęta śpiewały w karaoke piosenki Dody. Lepiej od oryginału. Gdy jestem lekko podrobiony, karaoke wydaje mi się wspaniałą rozrywką. Śpiewałem, choć zapewne ciężko nazwać to śpiewaniem, „Wódkę” Kultu, a w chórkach - do reggae w wesołej wersji midi - dzielnie wtórowali mi legioniści. Generalnie w midi „Lacrimosa” zabrzmiałaby pogodnie.

Odnowiłem starą licealną znajomość. Wspominaliśmy, jak zupełnie pijani po ognisku na olsztyńskich Dajtkach wybraliśmy się do hotelu Novotel i udawaliśmy belgijskich turystów. Portier gonił nas po wszystkich piętrach. Gdy nas złapał, powiedzieliśmy „We got lost. We can’t find the exit. Is it this way?”, wskazując wielki neon „Exit”. Przypomniałem sobie, jak w czasie sesji RPG w parku miejskim osa wleciała mi do piwa. Użarła mnie w policzek. Spuchłem w sekundę - pomogły okłady z zimnego piwa i lekkie odymienie z papierosów. Od tej pory nie piję Piasta, który w pewnej podolsztyńskiej dyskotece reklamował się hasłem: „Pij Piasta, piwo z miasta!”

A później trafiłem do jakiegoś mokotowskiego studia filmowego, którego korytarze pokrywały fotosy znanych klientów tej firmy. Byli tak znani, że nikogo nie znałem.

A jeszcze później dostałem lekkiego ataku paniki, kiedy uzmysłowiłem sobie, że zupełnie nie wiem, gdzie jestem, że znalazłem się na jakimś okropnym warszawskim zadupiu, a mój stan generalnie nie pozwala na dostrzeżenie adresu na tabliczce.

Z kibucu - nazwy chyba tłumaczyć nie muszę, zważywszy na moje miejsce zatrudnienia - wyniosę się zapewne przed południem, bo później mieszkanie czeka nalot fotoedytorów. Nie wiem, jak się bawi dziesiątka fotoedytorów, ale zapanuje atmosfera jak w akademiku - kolesie obwiążą się ręcznikami i będą szukali kontaktów do grzałki.

W Warszawie jest miło i ładnie, ale moje toruńskie pieniądze są tam tylko toruńskimi pieniędzmi. Mokotów jest wielkości połowy Torunia, więc mam problemy z przestrzenią.

Było miło, pora wracać.

wtorek, 1 listopada 2011

Jak uśmiercić bohatera - proza na 1 listopada



Matka takie rzeczy czuje. Nie wiem skąd, ale czuje. I ja to poczułam. Więc gdy usłyszałam telefon, wiedziałam, co mi powiedzą. Dzwonił długo. Wiedziałam, w jakiej sprawie.

Z mężem dawaliśmy mu wszystko. Zaspokajaliśmy jego wszystkie potrzeby. Chciał pieniędzy, miał. Chciał coś do ubrania, miał. Coś do pokoju? Też. Nie jesteśmy zbyt bogaci, ale jedynaka chcieliśmy dobrze wychować. Ja w młodości musiałam wiele sobie odmawiać. Czasy były inne, trudno było cokolwiek dostać. On już był duży w wolnej Polsce. Ja, gdy byłam mała, marzyłam o śmietanie. Mówiłam sobie, że gdy będę duża, kupię sobie śmietany.

Pamiętam, jak był u babci, a mąż wtedy był w erefenie. Wyrzucił wszystko z popielniczki, wyrzucił fusy z kawy i wymieszał to na dywanie w pokoju. Skrzyczałam go. „Co ty robisz?! Co ty robisz?” „To burza”, powiedział.

Uczył się dobrze. „Jest zdolny, ale leniwy”, powtarzali. Przypominałam sobie materiał na jego klasówkę i razem się uczyliśmy. Później w liceum już o nic mnie nie prosił. Miał kilka miernych na koniec roku, ale na studia się dostał. Za miastem.

Ojciec pijany wrócił z pracy. Matka mu obiad zrobiła. A on całą buteleczkę magi wrzucił, aż była czarna. Tak kochał dziadka, że chciał mu dodać przyprawy do zupy. Tylko nie wiedział ile.

Gdy pokazywali flagę Niemiec w telewizji, podchodził do ekranu i mówił: „Tata tam ciował”. Tata tam pracował.

Nie wiem, dlaczego wybrał most. Próbuję to jakoś ułożyć. Stanął w nocy na barierce i po prostu skoczył. Wziął i się zabił, wziął i się zabił.

Gdy był mały, zawsze mówił „wujek”. „Jak się nazywasz?” „Wujek”. „Kim chciałbyś być w przyszłości?” „Wujkiem”. Nie wiem, dlaczego. Może jakiś wujek mu zaimponował?

Pamiętam całe jego ciało. Bliznę po ospie na środku czoła. Dwie myszki na nogach. Takie ładne znamiona. Po babci. Po tacie miał oczy, ale nos już po mamie. Taki sam charakter. Nie gniewaliśmy się na siebie dłużej niż do wieczora. Wieczorem zawsze siebie przepraszaliśmy. Gdy widział, że płaczę, też płakał. Gdy płakał, też z nim płakałam.

Przychodził do mnie w nocy: „Mamo, miałem sen” i wtulał się we mnie.

Nie chciał jeść mojego pokarmu. Tak nabrzmiałam, że trzeba było mnie ciąć. Szklanka ropy. Potem już jadł. Ale mało. Zawsze taki był.

Zawsze go pytałam, czy w tym Toruniu nie jest mu źle. Nie było. Pokój w mieszkaniu studenckim mu wynajęliśmy. Jadł dobrze. Dobrze wyglądał. Na początku przyjeżdżał co tydzień, później rzadziej. Pieniądze co tydzień mu wysyłałam. Sto złotych. Starczało mu. Na kino, na kawiarnię. Dawał sobie radę. Stypendium miał naukowe.

Tej szafy staram się nie ruszać. Czasami tylko rozsypuję rzeczy i leżę w nich. Sama się dziwię, jak przedmioty łatwo tracą zapach.

Miał kiedyś kota. Cierpliwy był. Dawał się mu nosić jak worek. Za ogon go trzymał i przewieszał przez ramię. Śmieję się, że mieliśmy kota masochistycznego. Lubił to.

W stanie wojennym mój mąż był w szpitalu. To było załatwione po znajomości – w szpitalu WSW. Mnóstwo mundurowych leżało – ojciec załatwił, pułkownik. Mąż miał problemy z tarczycą. Synowi powiedziałam, że najadł się śliwek. Gdy byliśmy u męża, kupiłam synkowi wcześniej samochód. Jeździł nim po całej sali. Jeździł po łóżku, jeździł po ojcu. Gdy zaczął się obchód i zaczęli nas wypraszać z wizyty, syn powiedział: „Zaraz tu bomba wybuchnie”. Ojciec krzyknął: „Weź stąd tego bachora”. Spod fartuchów lekarskich było widać mundury, szpital WSW, połowa stanu wojennego.

„Spatki hotczetese”, mówiłam. A on szedł spać.

Czułam się wtedy, jak za szybą. Jak za szkłem. Nic do mnie nie docierało. Pojechałam do Torunia. Zabrałam moje dziecko. Karawan je zawiózł do domu. Pogrzeb przygotowałam szybko. W nekrologu napisałam, żeby nie było kondolencji. Żeby był spokój. Msza była krótka. Mąż płakał. Babcie płakały. Było kilku jego przyjaciół. Też płakali. Ja nie.

Mieliśmy koty. I chyba wtedy po raz pierwszy go okłamaliśmy. Nasza kocica kociła się co roku. Nawet dwa razy. Mówiliśmy, że w tamtym bloku pewna babcia je od nas zabiera. Kłamałam. Zamykałam je w folii, szczelnie. Potem w pudełku. Potem wyrzucałam do śmieci. Nie domyślał się.

Starałam się być blisko, gdy kończył chodzić z jakąś dziewczyną. „Czas leczy rany, może to takie głupie, ale to jedyny lek. Zadziała. Jutro będzie lepiej, zobaczysz”. Chciałam być blisko. Później z dziewczynami było dobrze. Nie przeżywał tego tak jak w liceum.

Na jego guzy przykładałam łyżkę. Zawsze.

Kiedyś wymyślił wypadek autobusu na wycieczce. Tak z mężem uwierzyliśmy, że zadzwonił na milicję, bo jeszcze wtedy była milicja, czy to prawda. Bo za tym Jonkowem jest zakręt. Zmyślił wszystko. Autobus się przewrócił na zakręcie. Krzysiek z ławki miał rozciętą głowę. Pani torebką wybiła szybę.

Dopiero gdy weszłam do pustego pokoju, coś mnie tknęło. Nie było go tutaj już miesiąc. Miesiąc temu przyjechał do domu z Torunia. Był spokojny. Spotkał się ze znajomymi. Wrócił z lekkim humorkiem. Wyjechał. Gdy zaczęłam ścierać kurze, gdy zaścieliłam jego łóżko, dopiero wtedy zrozumiałam, że to koniec.

Nie lubił dentysty i marchewki gotowanej, mojej szczawiowej.

Nie wiem, dlaczego to zrobił. Gdyby chociaż zostawił list.

piątek, 28 października 2011

W Toruniu na wystawie słychać strzały


Nadszedł jednak czas, by zacząć mówić jednoznacznym głosem. Gdy badamy przyczyny tragedii w Smoleńsku z 10 kwietnia 2010 roku, jednym z obrazów, jaki staje nam przed oczami, jest sieć niejawnych powiązań i interesów, sojusz zlustrowanych i czekających na lustrację, domniemana aktywność służb specjalnych, słowem gra operacyjna teczek i wywiadów (...)


Po upadku samolotu TU 154 M, po śmierci i szybkim pogrzebie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i towarzyszących mu Osób, wielu naiwnym wydało się, że w Polsce nareszcie zapanuje święty spokój. Wszystko wróci do normalności i zapomnimy o groźbie sanacji, zapowiadanej przez zwolenników IV RP.


Ale po szokującej tragedii i bulwersującym śledztwie, mimo przegranych wyborów parlamentarnych, hipertrofia dowcipu w sztuce minionej dekady i banalizacja skarlałego gniewu w pop-kulturze i post-polityce w wielu „przebudzonych” wywołały wstręt i oburzenie.


W tej perspektywie „drugiego Katynia” i oskarżenia rządu Tuska o zdradę interesu narodowego przez Solidarnych 2010, dawne tymotejskie dzieła i banki gniewu nabierają nowych znaczeń zyskując na aktualności.


Zorientowani niepodległościowo młodzi zradykalizowali się po Smoleńsku, o czym świadczy choćby patriotyczne uniesienie na stadionach, które daremnie próbuje ostudzić „Gazeta Wyborcza” (upominająca się swego czasu o pamięć o Mieczysławie Bermanie) z pomocą rządu (...)


Polska, jak słusznie sugeruje w trzeciej części „trylogii” Bartana, faktycznie stałaby się „beczką prochu” w Europie i tym samym ojczyzną rozmaitych Breivików. Łatwiej byłoby wówczas Polaków zawstydzać, upokarzać i rządzić nimi. Niestety, te perfidne plany „stosowanych sztuk społecznych” wspiera obecna władza.


Potworne, bluźniercze oblicze tej „nowej plemienności”, niezdolnej szanować bohaterów narodowych, jak Piłsudski, ks. Jerzy Popiełuszko, a tym bardziej Ofiary ze Smoleńska, ujawniło się w niespotykanej do tej pory masie we wstrząsającym filmie Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego Krzyż (2010), który kończy naszą przygnębiającą opowieść.


Z analiz Sloterdijka wiemy, że problemu gniewu i dumy nie da się wyjaśnić za pomocą psychoanalitycznej redukcji, ponieważ namiętność ta jest swoista i rodzi się z potrzeby niezależności i czci. Tendencja owa kierowała ludzkością w czasach Homera, jak i rządzić chce nami za pośrednictwem Jarosława Marka Rymkiewicza.


Stajemy dziś - „przebudzeni” po Smoleńsku 2010 i niezdolni wraz ze Zbigniewem Herbertem do przebaczania w imieniu „zdradzonych o świcie” - przed silną pokusą apostazji, jak w czasach Wyspiańskiego. Jesteśmy bowiem ponownie przez Historię wystawieni na próbę: czy wytrwać w tradycji chrześcijańskiej, w której gniew jest śmiertelnym grzechem i otrzymuje legitymizację jedynie od Boga (lecz jak rozpoznać tę donację?), czy przeciwnie, nie zważając na skrupuły narzucone nam z Nieba, sami obmyślmy dla naszego gniewu stosowne uzasadnienia?


Cierpimy jako jednostki i jako Naród po doświadczeniu „drugiego Katynia” i termobarycznej eksplozji gniewu. Podlegając ekonomii tymotejskiej ekspresji, pytajmy więc siebie po parlamentarnych wyborach, po tej wstrętnej, tchórzliwej apostazji „przyjaciół Moskali”: czy ambitna, żądająca prawdy w smoleńskim śledztwie i szacunku dla siebie Polska, kontynuując przerwane tragicznie sny o przewodzeniu krajom tej części Europy, zdolna jest uchronić polski thymós przed postępującym zaflegmieniem?


Wszystkie cytaty pochodzą z przewodnika po wystawie „Thymos. Sztuka gniewu 1900 - 2011” w toruńskim Centrum Sztuki Współczesnej. To fragmenty tekstu kuratora Kazimierza Piotrowskiego.
Ilustracje pochodzą ze znakomitego bloga Dlaczego Nie Napalm, który tworzą cytaty z prawicowych forów internetowych - link
Lektura uzupełniająca - rozmowa z Kazimierzem Piotrowskim w „Gazecie Wyborczej"

czwartek, 27 października 2011

Mikołaj Bezgłowy Kurczak



Film wideo z roztańczonymi torunianami pokazał, że brakuje poważnej dyskusji o lokalnej tożsamości. Nawet starania o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury nie skłoniły mieszkańców do głębszej refleksji. Urzędnicy ograniczyli się do rzucania pustych sloganów, a ich hasła - typu „Toruń - miasto sportu” albo „Toruń - miasto pokoju” - wyręczają nas w odnalezieniu trafnej formuły prezentowania siebie. To zaklinanie rzeczywistości.

Ale zadajmy sobie nieco inne pytanie. Co to znaczy, że Toruń ma kopernikańskie tradycje? Nic. W Toruniu urodził się Kopernik - miasto i mieszkańcy od wieków o tym fakcie przypominają wszystkim przyjezdnym. Są tu jego szkoły, ulice, pomniki, fabryki pierników, rozmaite turystyczne gadżety i miejsca, w których można poczuć jak drzewiej bywało. Kopernik w Toruniu jest reklamowym gadżetem - na szczęście dość przyzwoitym, bo niektóre miejscowości w USA mogą się pochwalić jedynie Mikiem Bezgłowym Kurczakiem.



A co to znaczy, że w Toruniu kontynuowane są tradycje kopernikańskie? Bo nadal wierzymy w teorię heliocentryczną? Bo prawo o złym pieniądzu wypierającym dobry przekuliśmy w nowocześniejsze formuły ekonomiczne i się do niego stosujemy? Litości.

Podczas starań o ESK pojawiały się koncepcje nawiązujące do rewolucyjnych tradycji tego miasta. Rewolucyjnych? Kopernik w Toruniu jedynie dorastał, ale największe swoje osiągnięcia zawdzięcza wykształceniu, którego nie mógł odebrać na prowincji. Nie ma nawet jednoznacznych dowodów, że powracał regularnie do swojego rodzinnego miasta. Toruń podwyższa na ołtarze człowieka, którego wiąże z tym miejscem - powiedzmy - metryka urodzenia. Czy może być coś bardziej małostkowego?

Gdyby nie było Tadeusza Rydzyka, Toruń w Polsce nie kojarzyłby się z niczym.

Jeśli chcesz rewolucji, wyjedź.

wtorek, 25 października 2011

Moje roztańczone bezsensowne miasto



Widziałem filmik o roztańczonym Toruniu przygotowany na zlecenie magistratu. Cóż, ja mogę powiedzieć: dziewczęta ładne, ładnie się ruszają, a w tle ładne miasto. Materiał jest zdecydowanie zbyt długi, a muzyka przypomina mi sygnał oczekiwania na połączenie telefoniczne w jakimś kafkowskim urzędzie.

Ta produkcja ma wiele wspólnego z filmem Łukasza Karwowskiego - tam także ulice świeciły pustkami. Tutaj oprócz zaangażowanych i wesołych tancerzy nie ma żadnych niewinnych przechodniów. Ulice wyludnione, jakby na Motoarenie odbywało się Grand Prix albo miasto powróciło do zwyczaju publicznych egzekucji na dziedzińcu ratusza. Pomysł - nie wiem, czy w tym wypadku to dobre słowo - wydaje się banalny i mocno kiczowaty. Ach, te tęczowe literki na początku...

Jedno krótkie pytanie przecina moje synapsy, pytanie, które kwestionuje wszelkie sensy i cele: „Po co?” Po co nam taka reklamówka? Żeby torunianin mógł nasycić oko i przekonać się w jak gustownej części świata żyje? Żeby inni Polacy zobaczyli, jak ładne dziewczęta ładnie się poruszają, a w tle ładnie majaczy Toruń?

Nie mam bladego pojęcia, dlaczego powstał ten film i jaki do cholery ma związek z Toruniem. Że u nas przechodzi się przez życie tańcząc? Że w radosnych pląsach unosimy się nad toruńskimi brukami? Że ten nie zaznał życia, kto nie służył w Toruniu? Gdyby chociaż pojawił się jakiś napis, który by opowiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Albo seksowny głos narratora albo narratorki rozjaśniłby mroki produkcji. Drugi raz ten filmik obejrzą jedynie jego bohaterowie i stadko sieciowych wankerów - ci czekają tylko, jak jakaś loli albo jailbait pokaże kolanko, aby w zaciszu domowym stworzyć własny minimalistyczny układ choreograficzny.

Propozycja: mogę zrealizować amatorski filmik o tym, jak szlachetni toruńscy mężowie obalają pół basa w reprezentacyjnych zakątkach miasta. Ich pełne pasji życie to dożywotnia zabawa.

poniedziałek, 24 października 2011

To mógłby być tekst o Warszawie dwóch prędkości



Dwa tygodnie spędzę w Warszawie. Tradycyjne coroczne korporacyjne zesłanie.

Mieszkanie na Bluszczańskiej, które z przyczyn oczywistych nazywa się kibucem, leży na klasycznym grodzonym osiedlu. Po drodze do pracy widziałem dzisiaj tłumek bezdomnych, którzy zimują gdzieś w okolicach. Mijałem uwite w krzakach mieszkanka z tapczanem i wersalką, ulubiony fotel psa i inne przedmioty, na których bliższe znajomości zawierają panowie i panie z miejscowych nizin. Nie mam najmniejszej ochoty bratać się z proletariatem.

Czekają mnie dwa tygodnie mniszego życia. 10 godzin pracy dziennie, brak internetu w domu, pornografii, bloga, głupich filmów o kotach, alkoholu. Największym wydarzeniem będzie codzienna wizyta w zakładowej stołówce. Moje zwyczaje żywieniowe w tych stronach uchodzą za dość szczególne - na obiad z miną doświadczonego bulimika zamówiłem dziś makaron z sosem i frytki.

W Warszawie zachowuję się na ogół jak typowy burak z prowincji - wszystko mi się podoba, urzeka plastyczną urodą i skalą. Ten blog przez dwa tygodnie będzie dość nudny.

środa, 19 października 2011

Literatura też się skończyła



Trwa Toruński Festiwal Książki, który dobitnie pokazuje, że literatura w tym mieście absolutnie się wyczerpała. Pamiętam, że kiedyś to rzeczywiście było wydarzenie. W ramach imprezy odbył się między innymi festiwal Proza Północy, który wypromował jedyną z niewielu kategorii krytycznoliterackich związanych z tym miastem. Największym środowiskowym eventem były konkursy jednego wiersza w Domu Muz i w Piwnicy Pod Aniołem.

Dziś program festiwalu tworzą zajęcia literackie dla dzieci i spotkania z uznanymi pisarzami – bez odkrywania jakichkolwiek lokalnych kontekstów i środowiskowych uwikłań. W tym roku trudno nawet szukać spotkania autorskiego z miejscowym pisarzem albo poetą. Ta sytuacja wcale nie wynika ze złej woli organizatorów imprezy – podejrzewam, że toruński magistrat nie ma komu zaproponować przygotowania przyzwoitego wieczoru z lokalnymi twórcami.

Historia najnowszej literatury w tym mieście jest w istocie historią zaniechań i milczenia. „Undergrunt” - ostatnie pismo literackie w Toruniu – rozpadło się w 2004 roku z powodu kłótni w redakcji i kłopotów finansowych. Następne inicjatywy tego rodzaju okazały się na tyle efemeryczne, że nawet nie zdołały zdobyć pieniędzy na druk.

Nadzieja pojawiła się, gdy toruńscy członkowie Stowarzyszenia Pisarzy Polskich ogłosili secesję z oddziału bydgoskiego i założyli własny. Dołączyli do nich pisarze bydgoscy jak m.in. Grzegorz Musiał i Michał Tabaczyński. Wkrótce jednak okazało się, że oddział nie potrafi sprawnie funkcjonować i praktycznie zawiesił działalność.

Swoje kryzysy przechodzili też twórcy. Poeta Janusz Kryszak zamilkł po tym, jak prasa ujawniła, że współpracował z komunistyczną bezpieką. Krzysztof Ćwikliński publicznie oświadczył, że nie zamierza pisać już wierszy. Cezary Dobies wybrał emigrację w Paryżu, a Wojciech Giedrys po ukazaniu się udanego debiutu poetyckiego całkowicie odciął się od życia literackiego. Miłka Malzahn jest w Białymstoku, Waldemar Ślefarski w Gdańsku.



Aktywni są młodzi poeci: Rafał Skonieczny, Tomasz Dalasiński, Rafał Derda, Marcin Jurzysta i Szymon Szwarc, jednak niewielu z nich zdołało cokolwiek wydać. Odbywający się w klubie Od Nowa Majowy Buum Poetycki, który od lat pogrążony jest w kryzysie. Nie ma środowiska, nie ma publiczności literackiej. Prosta zależność. Ostatni festiwal pod względem merytorycznym wytyczał nową ścieżkę dla festiwalu, ale mimo to poległ na całej linii. Swojej roli nie spełniły też Wolne Rynki Poetyckie, odbywające się najpierw w Teatrze Wiczy, a później w Dworze Artusa.

Lepiej nie będzie.

poniedziałek, 17 października 2011

Koniec Teatru Wiczy

Romuald Wicza-Pokojski zostanie dyrektorem teatru Miniatura w Gdańsku. Serdecznie gratuluję. Myślę jednak, że to bardzo zła wiadomość, jeśli jesteś torunianinem, widzem albo aktorem Teatru Wiczy.

Nie mam żadnych wątpliwości, że tę scenę alternatywną czeka wiele problemów, a być może nawet zawieszenie albo zakończenie działalności. Wicza przez ostatnich kilka lat pracował w Gdańsku – ta decyzja zawodowa nie pozostała obojętna dla teatru i moim zdaniem odbiła się na jakości jego spektakli.



Weźmy za przykład „Kump”, który powstał w koprodukcji z Nordic Black Theatre z Oslo. Widowisko nie wytrzymuje porównania z poprzednią plenerową produkcją torunian – z „Writers & Waiters”, przepiękną formą okazania wdzięczności środowisku, które przyjaźni się z teatrem. Był tam przegląd działań teatralnych, które składają się na oryginalny styl wypowiedzi artystycznych Wiczy. Mimodram, performance i cyrk, do tego jeszcze żywa muzyka. „Kump” powstał w kilka tygodni – toruński zespół nie miał czasu na rozpoznanie możliwości swoich norweskich partnerów. Powstało widowisko marne pod każdym względem: o całkowicie nieprzekonującej wizji plastycznej i nieinteresującej fabule, a także dość mgliście rysującym się przesłaniu. Nie da się zrobić dobrego spektaklu w trzy tygodnie.



Kolejny przykład „Ja, dyktator” - przedstawienie, które powstało w całkowicie szalonych warunkach. Do programu Fringe dostał się monodram „One Night Contract” na podstawie opowiadania Arthura Millera. Krystian Wieczyński w tym inscenizowanym monologu wcielił się w rolę tancerza, który opowiada o propozycji, jaką złożył mu Hitler. Na to przedstawienie można było nałożyć wiele ram interpretacyjnych: to historia starzenia się tancerza, dla którego ciało było jedynym narzędziem pracy; wykład, jak Amerykanie patrzyli na wojnę; przestroga przed wikłaniem sztuki w politykę.

Wicza nie mógł zabrać tego spektaklu do Edynburga, bo teatr stracił prawa do wystawiania tekstu Millera. Przepisał go na nowo, ale głównym bohaterem uczynił Charlesa Chaplina, którego hitlerowiec usiłuje przekonać do zmiany scenariusza „Dyktatora”. Pomysł karkołomny, co zauważyła brytyjska krytyka:

There are many excellent ways to begin a Fringe performance, but standing at the front of the stage in one’s underpants is seldom one of them. In this tediously long hour, Krystian Wieczynski ham-fistedly attempts to explore the similarities between Charlie Chaplin and Hitler, against the backdrop of the film ‘The Great Dictator’. Wieczynski’s strong accent makes the bizarre show even harder to follow, and his attempts to speak and move ostensibly hypnotically come across as merely irritating. Punctuated with abominable tap-dancing and worryingly incremental stages of nudity, this faux-arthouse performance manages to baffle and bore in equal measure. A waste of time, money and a perfectly good venue; any free tickets you receive should be considered overpriced.

It's a ripe area for a study of politics and art and the impact that one can have on the other. Unfortunately, this production doesn’t even come close to achieving that aim.

This is a bizarre, pretentious and deeply unrewarding take on a potentially interesting subject.

Wicza jako dyrektor teatru repertuarowego nie będzie miał czasu na zajęcie się swoim zespołem. Gdy był szefem Gdańsk 2016, do Torunia mógł uciekać przed urzędniczymi stresami. Teraz – mając w ręku dużą infrastrukturę teatralną, z 15 aktorami i dwoma milionami złotych rocznego budżetu – raczej niewiele będzie go ciągnęło do Teatru Wiczy, który nadal jest bezdomny. Obym się mylił.

Reżyser to zawód niestacjonarny, rola szefa teatru wymaga jednak zakorzenienia się w jakimś środowisku, inspirowania i dyskusji. Tego właśnie będzie brakowało jego toruńskiemu zespołowi.

Podejrzewam, że teatr w jakiś cudowny sposób przetrwa i stanie się maszynką do zdobywania dotacji na projekty edukacyjne, dzięki którym japońscy przechodnie rozwieją swoje wątpliwości związane z pisownią nazwiska „Mrożek”.

środa, 12 października 2011

Jak miło spędzić czas, gdy wątroba pracuje

Wszyscy klubowicze kończą weekend z samotnym piwem przed ekranem komputera. Czat na kacu jest zjawiskiem meganudnym: nie ma nic gorszego na świecie niż czytanie źle napisanych tekstów, rozwijających się według oczywistego schematu. Ciężka internetowa pornografia zaś raczej nie rokuje rekreacyjnie z oczywistych powodów.

Oto mój poradnik jak sobie poradzić z kacem przed kompem. Do rozwijania narracji potrzeba kilku piwek. Może być ciekawie, więc z pewnością zastanie Was poranek następnego dnia i kac uderzy z lżejszą siłą kilkanaście godzin później. Zapewne to igranie z fizjologią jest niezbyt zdrowe, ale warto spróbować, aby choć resztę wolnego czasu spędzić jako ssak naczelny.

Na początek warto się trochę pośmiać. Nic ciekawego nie znajdziemy w tym stanie na Joe Monsterze, generalnie na Joe Monsterze nie znajdziemy nic ciekawego - w ogóle, w żadnym stanie. Polski kabaret odpada: zobaczymy garstkę pajaców udających niepełnosprawność umysłową, panów przebranych za panie, panów przebranych za policjantów i dresiarzy i inne niezbyt ciekawe rolplejowe rozwiązania, na które skazuje nas wrażliwość przeciętnego polskiego artysty estradowego.

Jest stand-up. Polski od razu odpada. Najtęższym przekleństwem jest tam „kurwa”, choć język polski zna kilka mocniejszych wyrażeń. Jest typowy polski banalizm i mazowiecka nizina. Koniecznie w YouTube wpiszcie sobie nazwiska: George Carlin, Richard Pryor, Bill Hicks, Dave Chappelle, Chris Rock, Bill Maher.

Richard Pryor:


George Carlin:



Bill Hicks:



Swoją drogą chciałem namówić kilku miejscowych satyryków z pewnej znanej swego czasu kampanii, aby zastanowili się, czy nie zrobić najlepszego stand-upu w Polsce. Zaczęli myśleć o skeczach i pomyślałem, że wyjdzie z tego coś jak rozmowy Halamy o kurze, więc o sprawie błyskawicznie zapomniałem.

Klipy są dość długie, alkohol szybciej kąsa, więc pora odejść na pozycje sentymentalne. Meluzyna, Buka i Pankracek powinni wystarczyć na początek. Lepiej jednak przejść od razu w przestrzenie totalnego obciachu i przypomnieć sobie piosenkę, do której tańczyło się w świetle kolorofonów.



No ale w międzyczasie zdążyło się minąć pewną ostrą granicę – z tego miejsca prościej się upić niż zaleczyć kaca, więc trzeba wejść głębiej w sentymentalizm.

Wrestling. Najcelniejsza metafora Ameryki i wielka pasja mojej podstawówki. Na ringu Dobre walczy ze Złym: Dobre jest szlachetne i nie zna chwiejności, Złe zaś jest chaotyczne i przemyślne. Wszystko jest znakomicie oskryptowane i przećwiczone, nikt nie wypada z kayfabe nawet w realu. Większość bohaterów mojego dzieciństwa zmarło w dziwnych okolicznościach: przedawkowanie narkotyków, środków przeciwbólowych lub sterydów, choroby serca, wątroby i nerek, rak, samobójstwa i morderstwa.



Bokserska encefalopatia, która wybudza w nocy i każe zabić rodzinę. Większość z moich herosów nie dożyła do czterdziestki. Ale czego się nie robi dla dzieci?



Czas na ciężkie porno. Ale spokojnie, nie wrzucę Wam żadnych linków do kamerek z dziewczętami z rozszczepionym kręgosłupem ani do filmu z czarnym Amerykaninem, który bawi się anorektyczną Azjatką, a później nosi ją w walizce.

Jest trochę przemocy. I filmiki, dzięki którym dowiadujesz się, że nerwy optyczne utrzymują mózg na miejscu. Albo viral Nokii, ładna etniczna muzyczka i stada dzikich psów uciekających z kadru:



Moim największym odkryciem, które zwykle kończy kacowe nasiadówki przy komputerze, jest chatroulette.com. Oprócz dziesiątek penisów w wzwodzie, co jest smutną koniecznością w tym serwisie, widziałem osobisty striptiz pijanej w sztok Rosjanki, Nowozelandczyk pokazał mi hakę i uciąłem sobie przyjemną pogawędkę z najaranym Snoop Doggiem.

piątek, 7 października 2011

Moje smutne życie polonisty (jak zwykle fikcja)

5.



To było wtedy, gdy robotnicy pracujący nad remontem korytarzy rektoratu postanowili zabić nudę telefonowaniem do znajomych. Jeden z nich miał pripejda, więc dla żartu zadzwonili do swoich uczelnianych mocodawców. Odebrała sekretarka, a ta - jak ten zawód ma w zwyczaju - zachowała się jak klasyczny cerber. Nie chciała przekazać słuchawki rektorowi, który miałby być na jakimś ważnym spotkaniu. Uraziło to dumę ponurych roboli - skrzyczeli biedną pracownicę, że w budynku wydziału prawa jest bomba i że za pół godziny eksplozja rozniesie dumę toruńskiej uczelni: budynek z przyciemnianego szkła i lekkich a solidnych jako kości ptaków metali. Sekretarka się przeraziła i od razu poinformowała rektora o ataku terrorystycznym na uczelnię. Jego magnificjencja stanął wyprostowany i rzekł oficjalnie:
- Dzwonić na policję. Ewakuować natychmiast prawo.
Robole bardzo szybko się zorientowali, że panika na części campusu nie przerwie ich nudy, więc dla pewności zadzwonili po raz drugi do sekretariatu rektorów. Powiedzieli wprost:
- Chuje, teraz nie będzie tak łatwo, bo uzbroiliśmy pięć ładunków w budynkach uemka w mieście. Witajcie w piekle.

Policja ewakuowała 15 tys. osób w ciągu pół godziny, przepędzając studentów i pracowników uczelni z wydziałów, instytutów, katedr, bibliotek, stołówek, klubów studenckich, akademików. Miasto zalała fala zdezorientowanej od szczęścia młodzieży. Co zrobić z czasem wiedzieli za to niezawodni wykładowcy z toruńskiej polonistyki. Zajęli cały Salvador, który mieścił się niedaleko wydziału filologicznego.

Najlepsze miejsca w knajpie - w głębokich fotelach - zajęła kadra profesorska, ławy wzięli habilitanci, na dostawianych do stolików krzesłach usiedli zaś doktorzy. Zrobiło się familiarnie. Dziekan wydziału - Profesor T.W., poeta i uznany wykładowca - zdążył przed ogłoszeniem ewakuacji wybrać resztki gotówki z budżetu polonistów. Zdecydował się na ten krok, bo i tak tę sumę zapisał w przyszłym roku na koła naukowe, które nie potrzebują pieniędzy, a jedynie trochę profesorskiej aprobaty.
T.W. zaczął od wódki. Brał całe butelki, bo udało mu się utargować niezłą zniżkę. Panna za barem patrzyła na niego łaskawszym okiem po tym, jak raz dwa razy w tygodniu organizował w lokalu zajęcia integracyjne ze studentami.
Profesor nie darzył mnie szczególną sympatią, ale i tak pozwolił mi usiąść przy sąsiednim stoliku. Moim atutem było zapewne to, że odbyłem z nim bardzo szczegółowy i szczery wywiad do mojego Pisma, który odbił się szerokim echem w miejscowym środowisku. Profesor wśród obcych zachowywał się bardzo oficjalnie i dbał o etykietę. Gdy w pobliżu pojawiał się ktoś spoza jego klasy, zachowywał się jak wzorowy wykładowca; gdy zauważył, że może pozwolić sobie na luz, błyskawicznie skracał dystans. Widać uznał mnie za kogoś gorszego od siebie, bo od razu zaczął dowodzić stolikiem jak podpity sowiecki generał.

W Salvadorze realizowałem tajną misję. Wolny poniedziałek zagwarantowała uczelni ekipa robotników z rektoratu, do mnie należało uratowanie wtorku dla garstki przyszłych polonistek. Studentki przekonały mnie, że absolutnie nie odpowiada im termin zaliczenia z przedmiotu, który prowadził doktor Radełko. Wcześniej udowodniłem filolożkom swoje umiejętności, bo udało nam się przesunąć datę egzaminów z Młodej Polski, teorii literatury i kilku mniejszych zalek.
Jak to zrobić? Trzeba było zorganizować spotkanie redakcyjne w gronie uczonych i namówić ich na stałą współpracę z naszym tytułem. W każdym z naszych naukowców ukrywała się próżność, a my tę próżność ujawnialiśmy i na niej graliśmy. Spotkanie oczywiście odbywało się na neutralnym gruncie, który tylko z pozoru był neutralny. Miles był naszym terytorium zależnym, ale oni o tym nie wiedzieli.
Tym razem koledzy z redakcji wymigali się brakiem czasu, więc zaszczyt schlania pedagoga spadł na mnie. Nie narzekałem, bo wiedziałem, że młodszy wykładowca lubi stawiać poetom, których podziwia. A o jego podziwie najlepiej świadczyło to, że zlecił kilku panienkom, aby napisały prace semestralne na temat mojej debiutanckiej książki.
Salvador to miejsce filologów. Wykładowcy wybierali się tam tylko na oficjalne rozmowy; gdy rzeczywiście chcieli się sponiewierać w samotności, szli do Dilla i Kaduka. Tam przebywali tylko miejscowi. Kadra naukowa z polonistyki skutecznie wystraszyła wszystkich studentów i przepędziła z Salvadora sztyrliców z innych instytutów. Mogli tutaj oddać się rui i porubstwu.

Polonistyka - panteon uczelni, prawdziwy jej bestiariusz. Rozkoszne modernistyczne improduktywy. Któż to nas zaszczycił?
Jąkający się profesor od starannej wymowy już nie prowadził zajęć. Nikt go o zdanie nie pytał, bo i tak nie dałoby się nic zrozumieć. Od razu robił niepotrzebny hałas i tylko zawstydzał towarzystwo swoim kalectwem. Jąkanie zaczęło się tak po prostu - pewnego dnia obudził się i nie mógł już z siebie wykrzesać zdania o poprawnej melodii. Lekarze stwierdzili, że miał lekki udar mózgu.
Posądzany o wampiryzm profesor od literatury powszechnej przypominał palacza z „Archiwum X”. Nawet gdy nie palił, z jego ust unosił się dym z drogiego egipskiego tytoniu, którego stanowczo nadużywał. Miał rzadką chorobę skóry - po mieście chodził w przebraniu szpiega z krainy deszczowców, na wykładach panowały u niego całkowite ciemności. Gdy studentka kiedyś odsłoniła lekko żaluzje i promień światła padł na rękę, w całej sali zapachniało pieczonym ludzkim mięsem.
Doktor Paweł był specjalistą od Grotowskiego i Kantora. Cierpiał na depresję. Dwa dni wcześniej odstawił prochy, bo wiedział, że jego szef spragniony jest imprezy i tylko czeka na sygnał do wyjścia do Salvadora. Sumiennie spełniał katastroficzne wizje matek i żon o synu i mężu, który nie wrócił na noc do domu i leży pijany gdzieś w rowie.
Habilitowany od pozytywizmu był spryciarzem. Niekwestionowany mistrz badań zachowania studentów w środowisku akademickim pozbawionym wykładowcy. Dostał wysokie stypendium rządu niemieckiego na kwerendy w bibliotece, którą w 1944 roku przypadkiem zbombardowali Alianci. Nie miał szans wykazać się swoimi filologicznymi umiejętnościami, więc przepił kasę w hamburskich klubach. Jego pracę nagrodzono za to w konkursie na najlepsze opowiadanie detektywistyczne. Pijany nie tracił rezonu w rozmowie, ale gdy próbował wstać, przewracał się i od razu zasypiał. Obecnie próbował trzeźwieć - badał, ile trzeba wypić karmi, aby nie wyjść na alkoholika i jednocześnie nawalić się w trupa. Nie mógł znaleźć odpowiednich proporcji.

Najgorzej prowadzili się redaktorzy uniwersyteckich pism artystycznych. Jeden z nich tłumaczył doktorantce: „Plotki, jakobym miał zarzygać zakład teorii literatury, są daleko przesadzone”. Naczelny zaś - habilitowany z socjologii - bez żenady odebrał telefon od kochanki. Nawet nie pofatygował się do wyjścia. Cedził przez zęby:
- Jaką rekomendację? Czy zdajesz sobie sprawę, z kim rozmawiasz, a kim ty jesteś w tej sytuacji? Jesteś zwyczajna cipa z Białorusi. Wypierdalaj do siebie, pókim dobry. Jak doniesiesz komukolwiek, będziesz miała przejebane. Wrócisz do swojego Łukaszenki.
Nikogo to nawet nie zażenowało. Zwłaszcza habilitowanego Piotra, wykładowcy literatury klasycznej, który potrafił sprawić, że wszystkie studentki polonistyki przed egzaminami wyglądały jak dziwki. Bo dziwki akurat lubił i na dziwkach się znał. Cały korytarz przed egzaminem zasiedlały wówczas ofiary jego rozlicznych fantazji i fetyszyzmów. Wydekoltowane, z wielkim wcięciem w sukience aż po pachy, pensjonariuszki o surowej zakonnej regule, studentki w skórzanych spódnicach przypominających lateks, w wojskowych butach, w swetrach w pandy i szare abstrakcje, w białych męskich koszulach, w półprzezroczystych bluzeczkach o sutkach pociągniętych pomadą, lekko spocone lub niedomyte. Kochał ten cały harem, który wyhodował na półsłówkach, aluzjach, sugestiach i gierkach.

Ale znał zasady. Aktywni towarzysko wykładowcy umku jak ognia boją się oskarżeń o molestowanie. Teraz to prawdziwa plaga. Wcześniej studentki rozbierały się bez gadania. Kiedy rozpoczynały lamenty i pasje nad niezdanym egzaminem, każdy mógł zaproponować alternatywne zakończenie ich bolesnej historii.
Standardy zmieniły dopiero wydarzenia na socjologii. Studentka jeszcze w pokoju swojego profesora rozpaczliwie zaczęła drzeć na sobie szaty i krzyczeć - i w naderwanych ciuchach, z cyckiem na wierzchu zaczęła rozpaczliwie poszukiwać pomocy wśród innych studentów na korytarzu. Aż dziw bierze, że nikt nie wykazał się obywatelską inicjatywą i nie zadzwonił na 997. Od tego czasu zasady egzaminów na wydziale się diametralnie zmieniły - studentki oczywiście przepytuje wykładowca, ale w pokoju zawsze jest drugi pracownik umku, który choć układa pasjanse na komputerze, jest bezwzględnym świadkiem całej sytuacji - na wypadek przyszłych roszczeń.
Habilitowany Mariusz nic sobie z tych zakazów nie robił. Tylko raz zdobył się na śmiałość wobec egzaminowanej, która za czwórkę z plusem - aby nie wzbudzać niczyich podejrzeń - zrobiła mu loda na dyżurze. Później stał się znacznie ostrożniejszy. Wyrywał tylko studentki z innych wydziałów. Brać studencka opowiadała sobie liczne anegdoty o tym, jak habilitowany Mariusz się czołgał po korytarzach akademika numer jeden, tak że znalazł tajemne przejście do akademika numer sześć, które się objawia tylko ludziom szczególnie pijanym. Z nami imprezował kilka razy. Jego towarzystwo przestało nam odpowiadać, gdy obiecującej poetce włożył rękę w spodnie na naszych oczach.

Doktor Radełko, z którym się umówiłem, to specjalista od literatury porównawczej. Bał się swoich kolegów z pracy. Wszyscy nim pomiatali. Desperacko walczył o akceptację. Z okazji dnia kobiet Radełko szalał i wszystkim istotnym kobietom z instytutu kupował po goździku. Gdy zauważał, że te mniej istotne się obrażają, również obdarowywał je kwieciem. Na święto patrona w każdej sali na stolikach lądowały paczki pierników. Wszystkim regularnie wysyłał majle z komplementami i ciepłym słowem na każdą okazję. Pamiętał o urodzinach, imieninach, rocznicach ślubów, rozpoczęcia pracy naukowej, wydania pierwszej istotnej książki, ale nikt go nie traktował poważnie. Był łatwym celem.

Gdy humaniści osiągnęli pełnię, zaczęły się rozmowy biznesowe. Przemawiał oczywiście Profesor T.W. - poeta laureat:
- Mariusz, powiedz, czy nie chciałbyś już tego profesora? Dorobek masz, jakieś publikacje, gorzej z konferencjami, ale to jest to zrobienia. W Salvadorze mamy kworum. Na papiery przyjdzie czas. Chcesz? Dostaniesz.
- Wiesz, Tadziu. Może i chciałbym.
- No to co się wzbraniasz?
- Wiesz, Tadziu. Ja odebrałem staranne przedwojenne wychowanie. Rodzice nauczyli, że w dobrym tonie jest nie prosić o coś, co się należy.
- Mądrzy ludzie. Pogadamy o tym w środę przed zebraniem rady wydziału. Ogłoszę to przed całym koleżeństwem. A tymczasem zdrowie nowego profesora.
Wszyscy wznieśli w górę kieliszki i kufle.
Habilitowany Piotr zauważył w tłumie doktora Radełka. Trącił łokciem T.W.
- Tadzik, przejdź z Radziem na ty - mówił do niego. - Porządny chłopak. Młody, zdolny, u ciebie pisał doktorat, u ciebie pracuje.
Profesor T.W. spokojnie nalał sobie wódki. Część rozlał na stole. Zamoczył palce w kroplach, palce sumiennie oblizał.
- Panie Radek, pan jeszcze poczekasz. Bo z pana gnojek jeszcze, a nie badacz. Zasady jakieś muszą być. Na „ty” to ja z panem teraz mogę przejść, pan jeszcze nie. Tak jak w szkole będę do ciebie mówił po imieniu, a ty co najwyżej możesz mi powiedzieć: Rabbi.
Wszyscy przy stoliku zarechotali jak batalion ss.
- No jak się mówi do nauczyciela? - zapytał Profesor T.W.
- Rabbi.
- A teraz, Radełko, przynieś nam po piwie.
Wstydziłem się za doktora Radełka, bo to dobry człowiek. Uczynny, łagodny, sumienny, profesjonalista w swojej dziedzinie, który troszczył się o swoją żonę i kilkumiesięczną córkę. Nie potrafił się jednak bronić przed skurwysyństwem.



Profesor lubił się znęcać nad słabszymi. Swoim ćwiczonym wysoko postawionym belferskim głosem rozpoczął kolejną serię tortur.
- Ale na razie, mój drogi uczniu, wiesz, że cała twoja kariera zawodowa zależy ode mnie?
- Tak.
- To było pytanie retoryczne, kretynie. Od tej pory, jeśli koleżeństwo pozwoli, będę ciebie nazywał imionami żeńskimi. Kobiet, jeśli rozumiesz. Dobrze, Migotko?
- Ale to nie imię.
- Iwona, nie wpierdalaj się, jak pan mówi. Nie masz do mnie pretensji, że ostatnią waszą pracę zbiorową oddałem pod swoją redakcją? Tak jest w papierach i rachunkach.
- Nie, panie profesorze.
- Zuch dziewczyna. Naprawdę zyskałaś w moich oczach. Napijmy się... Jak tam w życiu osobistym?
- Ja z żoną...
- I bardzo dobrze. Tak trzymać.
Radełko dzielnie to znosił. Nawet pogardliwy śmiech, który znów podniósł się ze stolika, nie starł z jego twarzy niewymuszonej radości. Bo tak to już musi być na uniwersytecie, że ktoś jest samcem alfa, a ktoś samcem omega. Przyjdzie jeszcze czas, a Radełko tym wszystkim gnojom pokaże, wyjebie w dupę jakiegoś początkującego brylarza i będzie się wytrwale wspinał po hierarchii. Wiedział jedno: na uniwersytecie - tak jak w armii i w Kościele - pozostały resztki feudalizmu, który utrzymuje się za pomocą rozlicznych wewnętrznych rytuałów i gier. Wiedział też, że wszystko pokona i dojdzie do profesury, zanim wielu z tych dupków odbierze dyplom doktora habilitowanego.

Młody doktor w końcu dał sobie z nimi spokój i przysiadł się do mojego stolika. Zaczęliśmy od kilku - jak się wyraził - grzdylików. Od razu wiedziałem, że ten zwyczaj nazywania czterdziestek wódki przejął od wielkiego mecenasa naszej kultury i lokalnego potentata na rynku złomu i samochodów używanych. Gdy zmieniał temat na dom i rodzinę, usiłowałem wymusić od niego wyznania na temat najnowszej literatury polskiej. W zasadzie nic mu się nie podobało. Cały młodoliteracki majnstrim nazwał grafomanią, a z wielkich oszczędził jedynie Gombrowicza (chociaż pedał, jak zaznaczył), Iwaszkiewicza (chociaż pedał, jak zaznaczył), Andrzejewskiego (chociaż pedał, jak zaznaczył).

Generalnie było nudno. Wykładowcy przy sąsiednim stoliku rozprawiali, że etos naukowca upada, że we wszystkich swoich regulaminach i umowach mają wpisany obowiązek rozwoju intelektualnego, ale jak tu rozwijać się przy głodowych zarobkach. Później zaczęli mówić o przyszłych polonistkach, które na schizmę wschodnią mówią „szizma”, słuchają szajsu i bluzgają okrutnie na korytarzach, a niewinne uszy pedagogów aż więdną od tej złamanej mowy.
Kadra ożywiła się tylko, gdy przyszło do opisu miast uniwersyteckich. Zauważyli jedną prawidłowość. Wszystkie żyją w pięcioletnich cyklach. To rytm spazmatyczny, nierówny, który daje okresy martwe i okresy aktywne. Ale nawet po owocnych czasach cykl musi rozpocząć się od początku i w mieście nic nie zostaje. To miasto było nieinne - co pięć lat jak organizm wymieniało swoje komórki, znosiło dawne porządki i zaczynało organizować nowe, ale żadna z nowości nie wytrzymywała nadejścia nowego porządku.
- I znów wszystko leży na barkach elit. Naszych czyli - westchnął poeta laureatus.
Humaniści zauważyli, że Profesor T.W. zaczyna wolniej pić piwo i od razu się do niego dostosowali. To do niego należała decyzja, czy impreza dokądś się przeniesie.
- Koleżeństwo, idziemy do Milesa - rozkazał Profesor T.W.
- Tadzik, wielu z nas nie da rady - zastrzegł Mariusz.
- Panie profesorze Mariuszu, proszę nie psuć morale. No panowie, ab ab, ab, ab! - pośpieszał wykładowca.
Fetyszysta wziął taksówkę do popularnego burdelu na Ptasiej, jąkała od wymowy przepadł bez słowa, redaktorzy pisma pożegnali się wylewnie ze wszystkimi i również zniknęli w taksówce. Profesor T.W. trzymał mniej więcej fason, choć wypił najwięcej. Doktor Paweł miał zamiar się upodlić, habilitowany pozytywista chciał kogoś poznać spoza swojej sfery. Doktor Radełko szedł ze mną. Wiedziałem, że wykonałem swoją misję.

W Milesie wykładowcy usiedli przy barze. Gdzieś w pobliżu pewnie skończyła jakaś konferencja naukowa, bo klub w chwilę zapełnił się podstarzałymi typami w tanich marynarkach i tanich wodach po goleniu. Od razu po wejściu do lokalu naukowcy rozluźnili krawaty, wyzwolili się od guzików przy szyi, a marynarki młodzieżowo przewiesili sobie przez ramię. Niekończące się zakamarki tanich płaszczy brzęczały od monet, a miękkie portfele z wyblakłymi, nieaktualnymi zdjęciami żon czekały wściekle w hotelach. Rozglądali się łapczywie po Milesie i gorączkowo rozprawiali. Z polonistami przy barze szybko doszli do porozumienia.

Uczonych przez moment swoją obecnością zaszczycał nawet jeden z byłych rektorów, bohater rozlicznych anegdot, a nawet prozy zaangażowanej. Był ciężkim alkoholikiem. W czasie międzynarodowej konferencji w Paryżu na ostrej bani urządził sobie toaletę w miejskiej fontannie. To zdarzenie trochę przyhamowało jego karierę naukową, jednak nie powstrzymało pięcia się po szczeblach uniwersyteckiej administracji.
Jako rektor uwielbiał zbliżać się do akademików i nasłuchiwać, czy gdzieś przypadkiem nie odbywa się impreza. Raz po intensywnym posiedzeniu uczelnianego senatu postanowił wbić się na zabawę u studentów. Po sterroryzowaniu portierki, która w podpitym nie rozpoznawała z początku swojego überszefa, dostał się pod drzwi pokoju, gdzie w najlepsze trwało opijanie egzaminu. Gdy wszedł, zapadła cisza. Ktoś wyłączył magnetofon i zdawało się - tak jak w kreskówkach - że słychać cykady.
- Czy wy wiecie, kim ja, kurwa, jestem? - zapytał braci studenckiej jego magnificjencja. W pokoju słychać było nerwowe szepty.
- Kim ja jestem, do kurwy nędzy? - zagrzmiał znów.
Studenci nijak nie mogli ani wspomóc pamięci gościa, ani udzielić mu odpowiedzi na to filozoficzne w końcu pytanie. Ustalili, że go nie znają. Ten rozwiązał wnet zagadkę.
- Jestem rektorem waszej wszechnicy - słowa spieniły mu się w kąciku warg.
Kilku imprezowiczów zaczęło coś kojarzyć, kilka z wrażenia przysiadło, wszyscy w mig wytrzeźwieli, jakby z chmury zszedł do nich sam prorok Eliasz i oznajmił im, że koniec jest tuż.
- Na co, kurwa, się gapicie? - zaczął znów. - Rektorowi nie polejecie?

Nie chciało mi się siedzieć z polonistami. Spotkałem początkującego didżeja, który miał akurat wolne. Chciało mu się palić. Wysłałem go więc do ostatniej w mieście kafejki internetowej. Mieściła się tam największa dilerownia na Starówce. Tam też początkujący tajni policjanci nieskutecznie doskonalili swój fach.
Złożyliśmy się po pięć zeta na dwa nabicia. Mój kompan wrócił z niczym, bo spalona obsługa potraktowała go standardowo - jako funkcjonariusza w cywilu. Coś jednak udało się skręcić od niezastąpionych barmanów. Zaryglowałem się z awangardą muzyki klubowej w toalecie.
- Co macie dobrego? - zapytał wtem poważny głos zza drzwi.
- Nic dla ciebie, koleś. Spierdalaj.
- Dajcie jednego bucha. Jestem profesorem waszego uniwersytetu.
Zainteresowani otworzyliśmy drzwi.
- A z jakiego wydziału? - zapytaliśmy na wszelki wypadek.
- Ze sztuk pięknych.
- No to spierdalaj - zamknęliśmy mu drzwi przed nosem.
Nie przysłużyliśmy się polskiej nauce i sztuce. A możliwe, że po tej sesji powstałby cykl dekonstruujących rzeczywistość akwareli.

Gdy spaliliśmy się przeokrutnie, do wucetu wszedł jeden z dwóch lokalnych doktorów logiki. Jednego oskarżono o molestowanie seksualne, drugi na wszelki wypadek wszystkich wypytywał o kierunek i wiek, niezależnie od płci i autoramentu. Przed nami we własnej osobie stał właśnie ten ostrożniejszy.
- Czy studiujecie politologię i stosunki międzynarodowe? - zaskoczył nas sprawną koniunkcją.
- Niczego nie studiujemy - odpowiedzieliśmy, posługując się charakterystyczną dla mowy ojczystej podwójną negacją.
- Studiujecie może italianistykę lub pedagogikę?
Zaprzeczyliśmy.
- To czy wobec tego mogę zadać wam pytanie? - wnioskował dalej logik. Pozwoliliśmy mu mówić.
- Która godzina? Ale czy jesteście pewni, że nie studiujecie politologii lub stosunków międzynarodowych? - tym razem zaskoczył alternatywą, zapominając o istocie rozmowy.
- 2.10, a kolega jest na politologii - rzekłem.
Logik zrozumiał swój błąd:
- O mój Boże! Nie powiecie mojej żonie, że tu byłem. Bo mnie zabije? - błagał. - Poznaliśmy się 22 lata temu na balu łącznościowca. Jest brzydka jak strup, ale bardzo ją kocham. Przepraszam łaskawców. Przepraszam dobrych panów. Mnie tu nie ma. Przepraszam - wybełkotał logik i zebrał się do wyjścia.



W drzwiach minął go Łorior, który na rękach wniósł do toalety swoje wymiociny i spłukał je do zlewu. Przemył twarz i zapytał uśmiechnięty:
- Widzieliście, chłopaki?
Po popisowym entree przeszedł szybko do rzeczy. Tego dnia zaprosił swojego promotora na tradycyjne chlanie po obronie. Na prawie podobno panuje taki zwyczaj, że świeży magistranci stawiają opiekunowi dziwkę. Łorior nie przekonał jednak swojego promotora do podtrzymania tej szlachetnej tradycji zbliżającej do siebie uczniów i mistrzów.
Profesor bawił na konferencji naukowej, na której przeczytano półtora referatu. Część naukowców dotarła już do Milesa, aby tu bratać się ze studenckim proletariatem. Łorior na wszelki wypadek streścił nam etykietę wieczoru:
- Jak jakiś chuj tknie mojego profesora, to zajebię leszcza i wyrucham jego laskę w kakao! Zrozumiano?
Znaleźliśmy dogodne miejsce dla profesora z prawa. Usiadł otoczony wianuszkiem młodzieży, niczym Sokrates w ateńskich ogrodach. Nasza postawa tak bardzo przypadła mu do gustu, że kupił nam po piwie. Łoriora wysyłał zaś po kolejne kieliszki wódki i szklanki popity.

Profesor T.W. w tym czasie przywitał się z wszelkimi szykanami ze znakomitością z wydziału prawa. Od razu krzyknął na Radełka, żeby podał mu szary płaszcz. Polonista bał się, że jego gwiazda zblednie przy drugim profesorze. To była jego impreza i tak się ta impreza zakończy. Z prawnikami nie ma żartów, mogą wypić stanowczo zbyt wiele.
Pożegnał się z niedobitkami ze swojego instytutu i podszedł do mnie.
- Panie Grzegorzu, przepraszam. Naprawdę przepraszam.
Opuścił Milesa.

Łorior - świeżuteńki absolwent wydziału prawa - przyjechał do Milesa nowiuśkim volkswagenem. Był z kolegą. Jego towarzysz nie należał raczej do rozmownych. Musiał trochę odpocząć po konferencyjnym raucie. Postanowił zdrzemnąć się, bo wiedział, że będzie prowadził.
Profesor z prawa za to nie próżnował. Co chwilę podchodziły do niego studentki, którym do ucha szeptał komplementy i prawnicze sprośności. One chichotały cichuteńko i mówiły coś w stylu „Och, panie profesorze!” Naukowiec swoje wypowiedzi gęsto inkrustował cytatami klasyków, sentencjami rzymskich myślicieli i aluzjami literackimi. Gładko przechodził od Czechowa do Konfucjusza. Śpiewał kawaleryjskie pieśni pułkowe, bez żenady intonował kolejne ukraińskie dumki. Powoli mieszały mu się teksty, religie i mitologie. Stolikowe towarzystwo słyszało, jak coraz bardziej jego hasła się radykalizują.
- Kobiety to rury na nogach. Wlew i wylew - westchnął w końcu ciężko.

Łorior przy profesorze z początku był strasznie spięty, dlatego zadzwonił do swojego psychiatry z prośbą o radę. Wtedy w sumie był jeszcze w miarę normalny. O wiele gorzej zachowywał się kilka miesięcy później, gdy zwyciężył w wyborach samorządowych i został poważnym, lekko schorowanym psychicznie radnym SLD.
Zbudzony w środku nocy lekarz przekazał Łoriorowi, żeby w obecności swojego mistrza porozmawiał ze swoim wewnętrznym dzieckiem, nie dusił w sobie uczuć i unikał wzruszeń. Jednak Łorior mimo sumiennej lekarskiej porady zachowywał się zwyczajnie - jakby za młodu wpadł do kadzi z amfetaminą. Przy profesorze tak się zapomniał, że darł się na całą knajpę. Zrobił przegląd swoich obłąkanych mott życiowych i przysłów:
- Nie jest lepszy snikers krancz, tylko zwykły pomarańcz. Nie jest lepsze pęto świni, tylko zwykłe pestki z dyni. Miałem wuja w nju jorku, co nie dożył wtorku. Miałem brata w wietkongu, który umarł w pociągu. Bas goł tu glazgoł. Gdzie tu można tanio zakutasić w jakiejś niechudej szakirze? Nieodparty urok party, kurwa mać - krzyczał.
Szczęście, że nie zaczął dwugodzinnego wykładu o typach łechtaczek. Bo taki miał nastrój.



Głowa znakomitego prawnika chyliła się coraz niżej w stronę popielniczki. Od czasu do czasu przemawiał w niezrozumiałym języku. Wyraźnie mieszał rosyjską śpiewność z egzotyką chińszczyzny. Gwałtownymi gestami odganiał od siebie myśli. Te w końcu szybko zmaterializował w jedno proste:
- Kurwa.
Łorior wyglądał jeszcze gorzej. Złapał przechodzącą środkiem knajpy laskę za pośladek.
- Chcesz? Powróżę ci z wnętrzności - zaproponował i nie czekając na odpowiedź, zasnął.

Wróciłem do doktora Radełka. Też było źle. Odkąd spotkał go awans społeczny i jego profesor mógł zwracać się do niego „ty”, a to było oznaką rychłego zapoznania się bliżej, pił szybko. Do wszystkich mawiał „bracie”, „siostro”, pokazał wszystkim swój stary dowód osobisty, gdzie jeszcze - jak opisał - miał długie pióra. Na domiar złego śpiewał jeszcze Stachurę i deklamował swoją nudną jak pizda poezję, w której tańczą satyry i jego pies Nikita. Gdy tylko padło to imię, ze łzami w oczach jął opowiadać, że wydobył go za sześć piw z miejskiego schroniska dla zwierząt. Te skurwysyny robale miał wszędzie. Z oczy mu wyłaziły, z uszu, nawet z dupy. W końcu zaczął nam tłumaczyć, że to wcale nie suka. Ten francuski film wszystko zepsuł, a to takie znakomite męskie imię.
- Chruszczow, wiecie. Nie?
Jego milesowa kariera kończyła się. Nadeszła chwila pożegnań. Doktor Radełko wstał.
- Tak się cieszę. Bardzo dobrze się nam mówiło. Kocham ciebie, facet.
Gdy skończył te słowa, złapał mnie mocno za ramiona, a jego usta mocno wpiły się w moje. Zdjął mnie autentyczny strach. Całkowicie struchlałem. A on w tym czasie znów się we mnie wpił. Byłem tak sparaliżowany, że w tej chwili mógłby złapać mnie za chuja i nie miałbym siły zaprotestować. Klepnął mnie jeszcze po żołniersku w ramiona i opuścił Milesa.
Musiałem się napić. Czułem się nieczysty. Wódka to znakomite lekarstwo. Musiałem wypłukać z siebie polonistów, polonistki i język doktora Radełka.

Po mojej misji doktor dostał tydzień urlopu zdrowotnego. Na swoim osiedlu natknął się na łapsa z nożem, który przykładnie skroił go z portfela i komórki. W Radełku obudziła się złość. Dlaczego ma kończyć tę noc jako przegrany, skoro jego profesor zbliżył się do niego? Dogonił typa i go solidnie obił, choć tamten był znacznie bieglejszy w sztuce przetrwania w trudnych warunkach toruńskiego Kaszczorka. Doktor odzyskał portfel i komórkę. Na pamiątkę wziął też czapeczkę bejsbolową łapsa, butów mu nie zdjął, bo były zbyt mocno zasznurowane. Pierdolić poranne zajęcia, pierdolić popołudniowe konsultacje, wszystko zrozumieją, wszystko wybaczą. Wracał do domu jako zwycięzca. Z wyłamanymi dwoma palcami w lewej stopie, bo do kujawiaka na kolesiu założył sandały.

Zaraz po wyjściu doktora Radełka usiadła przy mnie Kobieta Sierp. To ona zleciła mi przeniesienie zaliczenia. W zasadzie wcale nie musiałem się o to starać, bo temperatura spotkania w Salvadorze wystarczyła całkowicie, aby wykładowcy zrewidowali swoją postawę wobec zajęć.
Sierp zaczęła od opowieści o swoim profesorze z teorii literatury, który na egzaminach korzystał ze sprawdzonych gestapowskich metod. Do studentów zwracał się na „ty” albo barwnie przeinaczał ich nazwiska. Poza tym nieustannie stał odwrócony do rozmówcy i patrzył za okno. Sierp przyszła do niego zupełnie nieprzygotowana. I nawet stalinowski prokurator śledczy z obcęgami i wiertarką, z długoletnią praktyką felczera, nie byłby w stanie niczego z niej wyciągnąć.
W samym środku tego pierdolonego Milesowego niespełnienia nudziłem się. Ona nie przestawała gadać.
- Powiedz coś - przerwała ciszę.
Wszyscy w tym momencie mówią „coś”.
- Jesteś nudna - powiedziałem.
Potraktowała to jako żart. Nie mogłem przerwać tego koszmaru. Byłem na to zbyt pijany. Moje wypowiedzi przypominały sytuację, gdy rozmawia się z nudziarzem przez telefon. Masz zamiar ją kończyć, już twoja intonacja podnosi się i mówisz coraz wyżej: „No tak, tak, więc...” Ale nudziarz, kurwa, kontynuuje rozmowę i wcale nie zmierza do puenty. Więc znów powtarzasz swoje: „Tak, tak”. Ale ten skurwysyn nie zamierza tego kończyć, więc mówisz: „No to super, więc musimy”. A on, kurwa, dalej napierdala.

Sierp mówiła. O swoim bracie, który miał wypadek samochodowy i teraz musi samotnie zmierzać się z własnym kalectwem. Musi nauczyć się wszystkiego od nowa, nauczyć się chodzić i mówić. Jego noga złamała się w siedmiu miejscach i gdy jej brat usiłuje zrobić choć jeden krok, kończyna wygina się w tych siedmiu miejscach. I jak już ma się ponownie złamać w jednym, sześć innych złamanych miejsc w cudowny sposób przywiązuje tę nogą do tułowia.

Do Milesa weszła mała przyjaciółka Sierpa - gnom o nieproporcjonalnie krótkich nogach, pozbawiony zupełnie poczucia humoru. Kobieta z włosami w sierp skorzystała z sytuacji i zostawiła mnie sam na sam ze swoją emocjonalną forpocztą. Ta tłumaczyła mi ze śmiertelną powagą:
- To poważna sprawa. Zachowuj się odpowiedzialnie.
Próbowałem się dowiedzieć, co wymaga takiej odpowiedzialności. Zrozumiałem w końcu, że potworek chce mi po prostu oznajmić, że jak coś Sierpowi zrobię, to osobiście wyciągnie mnie choćby z piekła i wpuści mi ostry wpierdol. Znów wydawało mi się, że nie ma ratunku przed tymi wariatkami.
Odetchnąłem, gdy przyszedł Muzykant, który swoją odważną obyczajowo postawą skutecznie zraził do siebie gnoma. Niestety, potworek wrócił z posiłkami. Przyszły przyjaciółki Sierpa. Jedna z nich co imprezę znikała w kiblu z Muzykantem. Tak też stało się tej nocy. Dziewczyny były wzburzone do żywego.
- O Jezu! Oni coś tam robią! - biegały po całej knajpie.
Mówiły barmanowi o niebezpieczeństwie czającym się za kiblowymi drzwiami. Albo spazmowały ze śmiechu, albo z żałości darły na sobie szaty. Nie kryłem dumy z muzyka.

Impreza ewidentnie się kończyła. Pijany jak wół habilitowany od pozytywizmu zamówił szampana na wynos. Żaden barman nie zaufa facetowi, który wygląda jak zombi w najlepszym weselnym ubraniu. Nikt mu nie chciał mu pożyczyć kieliszków do szampana.
- To będzie koniec tego zboczonego świata, gdy wypiję szampana z plastikowego kubeczka - ryczał pozytywista.

W tym czasie kompan Łoriora, który miał wszystkich po imprezie poodwozić, trochę otrzeźwiał i zaczął reanimować się kawą. Poprosił mnie, żebyśmy wspólnie wyprowadzili kolegę z lokalu.
Łatwo nie było. Świeżo upieczony prawnik miotał się na wszystkie strony. Na zewnątrz było tradycyjnie jasno. Zmrużyliśmy oczy i niemal na ślepo doprowadziliśmy Łoriora pod swój samochód. Dał nam swoje kluczyki, mówiąc:
- Jak ktoś, kurwa, heeep, zarysuje mi wóz, to leszcza wezmę i, kurwa, bez pardonu zabiję. Nie wspominając, że jego laskę wyrucham w kakao. Dobra?
Trzeźwiejący szofer wepchnął Łoriora na siedzenie z tyłu, a sam usiadł za kierownicą. Odpalił i od razu, kiedy ruszył, urwał lusterko sąsiedniemu samochodowi. Ja w tym czasie postanowiłem elegancko nakłonić profesora do wyjścia z Milesa.
- Panie profesorze, samochód już podstawiony - oznajmiłem uroczyście.
- Dziękuję, moje dziecko, ale nie skorzystam. Zawsze, gdy sobie wypiję, wracam pieszo. A że piję dzień w dzień, moje starania powinien ponad wszelką wątpliwość dostrzec PTTK i nagrodzić mnie złotą odznaką turystyczną. Taką nizinną - zażartował i wyprostowany jak carski oficer jednym haustem dopił wódkę. Poczekał, aż przez jego żołądek przejdzie poalkoholowa konwulsja, i wyszedł.

Profesor dyskretnie zwymiotował przy pierwszym koszu na śmieci. Przez chwilę wymachiwał rękami w pijackim tai chi, obijając się o latarnie uliczne. Zastanawiał się pewnie, czy następnego dnia chińska delegacja znów będzie chciała kupić jego zaufanie kwaterką żmijówki. W końcu machnął na to wszystko ręką i zniknął za rogiem.
Sierp czekała na mnie w drzwiach do klubu. Trzymała moją kurtkę i plecak. Nie podobała mi się zbyt specjalnie, ale mimo wszystko postanowiłem zaciągnąć ją do siebie. Opierała się, lecz tak jakby bez przekonania. Gdy przez chwilę szła przede mną, powiedziałem z zachwytem „U la la”. Następnego dnia ubrała spodnie z jeszcze głębszym wcięciem między pośladkami. Uwielbiała mnie.

W drodze powtarzała mi tylko: „Słonko, nie pójdę do ciebie. Słonko, nie dzisiaj. Dzisiaj nie będziemy się kochać, słonko. Dzisiaj, słonko, pójdziesz sam do domu. A potem, słonko, wstaniesz i zadzwonisz do mnie. A potem, słonko, przypomnę ci o wszystkim. A potem, słonko, pogramy w grę. Kim jest w twoim życiu Marcin Świetlicki? Nie wiem - powiesz. Nie wiem. Czy jest twoim oddechem? Nieco skróconym od papierosów, nieco skróconym od wódki? Nie wiem - powiesz. Nie wiem”.
Nie chciałem jej ruszyć. Poszła na pierwszy dzienny autobus.

Co by w tym momencie powiedziała Ewa Drzyzga?



Nie jest ważne rozwieranie i zwieranie kolan. Ważne jest rozwieranie i zwieranie jednego umysłu na drugi. To jedno krótkie „tak” - mocniejsze niż tysiąc poruszeń się wewnątrz. Nieważne jest poruszanie się w tym oswojonym mięsie; ważne jest to, w jaki kształt to mięso ułoży się pod naciskiem słów i gestów. Najważniejsze jest przyzwolenie i przyjęcie. I tym tkwi największa nieczystość. Dasz im chwilę bezpieczeństwa, a one odwdzięczą się swoimi ciałami. Wystarczy dać trochę czasu ich poczuciu własnej wartości, wystarczy przeczekać kilka niezbędnych rozmów i rytuałów, a staną się twoje. Najpierw musisz pozbawić je dumy. A to właśnie polega na czekaniu.