piątek, 28 października 2011

W Toruniu na wystawie słychać strzały


Nadszedł jednak czas, by zacząć mówić jednoznacznym głosem. Gdy badamy przyczyny tragedii w Smoleńsku z 10 kwietnia 2010 roku, jednym z obrazów, jaki staje nam przed oczami, jest sieć niejawnych powiązań i interesów, sojusz zlustrowanych i czekających na lustrację, domniemana aktywność służb specjalnych, słowem gra operacyjna teczek i wywiadów (...)


Po upadku samolotu TU 154 M, po śmierci i szybkim pogrzebie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i towarzyszących mu Osób, wielu naiwnym wydało się, że w Polsce nareszcie zapanuje święty spokój. Wszystko wróci do normalności i zapomnimy o groźbie sanacji, zapowiadanej przez zwolenników IV RP.


Ale po szokującej tragedii i bulwersującym śledztwie, mimo przegranych wyborów parlamentarnych, hipertrofia dowcipu w sztuce minionej dekady i banalizacja skarlałego gniewu w pop-kulturze i post-polityce w wielu „przebudzonych” wywołały wstręt i oburzenie.


W tej perspektywie „drugiego Katynia” i oskarżenia rządu Tuska o zdradę interesu narodowego przez Solidarnych 2010, dawne tymotejskie dzieła i banki gniewu nabierają nowych znaczeń zyskując na aktualności.


Zorientowani niepodległościowo młodzi zradykalizowali się po Smoleńsku, o czym świadczy choćby patriotyczne uniesienie na stadionach, które daremnie próbuje ostudzić „Gazeta Wyborcza” (upominająca się swego czasu o pamięć o Mieczysławie Bermanie) z pomocą rządu (...)


Polska, jak słusznie sugeruje w trzeciej części „trylogii” Bartana, faktycznie stałaby się „beczką prochu” w Europie i tym samym ojczyzną rozmaitych Breivików. Łatwiej byłoby wówczas Polaków zawstydzać, upokarzać i rządzić nimi. Niestety, te perfidne plany „stosowanych sztuk społecznych” wspiera obecna władza.


Potworne, bluźniercze oblicze tej „nowej plemienności”, niezdolnej szanować bohaterów narodowych, jak Piłsudski, ks. Jerzy Popiełuszko, a tym bardziej Ofiary ze Smoleńska, ujawniło się w niespotykanej do tej pory masie we wstrząsającym filmie Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego Krzyż (2010), który kończy naszą przygnębiającą opowieść.


Z analiz Sloterdijka wiemy, że problemu gniewu i dumy nie da się wyjaśnić za pomocą psychoanalitycznej redukcji, ponieważ namiętność ta jest swoista i rodzi się z potrzeby niezależności i czci. Tendencja owa kierowała ludzkością w czasach Homera, jak i rządzić chce nami za pośrednictwem Jarosława Marka Rymkiewicza.


Stajemy dziś - „przebudzeni” po Smoleńsku 2010 i niezdolni wraz ze Zbigniewem Herbertem do przebaczania w imieniu „zdradzonych o świcie” - przed silną pokusą apostazji, jak w czasach Wyspiańskiego. Jesteśmy bowiem ponownie przez Historię wystawieni na próbę: czy wytrwać w tradycji chrześcijańskiej, w której gniew jest śmiertelnym grzechem i otrzymuje legitymizację jedynie od Boga (lecz jak rozpoznać tę donację?), czy przeciwnie, nie zważając na skrupuły narzucone nam z Nieba, sami obmyślmy dla naszego gniewu stosowne uzasadnienia?


Cierpimy jako jednostki i jako Naród po doświadczeniu „drugiego Katynia” i termobarycznej eksplozji gniewu. Podlegając ekonomii tymotejskiej ekspresji, pytajmy więc siebie po parlamentarnych wyborach, po tej wstrętnej, tchórzliwej apostazji „przyjaciół Moskali”: czy ambitna, żądająca prawdy w smoleńskim śledztwie i szacunku dla siebie Polska, kontynuując przerwane tragicznie sny o przewodzeniu krajom tej części Europy, zdolna jest uchronić polski thymós przed postępującym zaflegmieniem?


Wszystkie cytaty pochodzą z przewodnika po wystawie „Thymos. Sztuka gniewu 1900 - 2011” w toruńskim Centrum Sztuki Współczesnej. To fragmenty tekstu kuratora Kazimierza Piotrowskiego.
Ilustracje pochodzą ze znakomitego bloga Dlaczego Nie Napalm, który tworzą cytaty z prawicowych forów internetowych - link
Lektura uzupełniająca - rozmowa z Kazimierzem Piotrowskim w „Gazecie Wyborczej"

czwartek, 27 października 2011

Mikołaj Bezgłowy Kurczak



Film wideo z roztańczonymi torunianami pokazał, że brakuje poważnej dyskusji o lokalnej tożsamości. Nawet starania o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury nie skłoniły mieszkańców do głębszej refleksji. Urzędnicy ograniczyli się do rzucania pustych sloganów, a ich hasła - typu „Toruń - miasto sportu” albo „Toruń - miasto pokoju” - wyręczają nas w odnalezieniu trafnej formuły prezentowania siebie. To zaklinanie rzeczywistości.

Ale zadajmy sobie nieco inne pytanie. Co to znaczy, że Toruń ma kopernikańskie tradycje? Nic. W Toruniu urodził się Kopernik - miasto i mieszkańcy od wieków o tym fakcie przypominają wszystkim przyjezdnym. Są tu jego szkoły, ulice, pomniki, fabryki pierników, rozmaite turystyczne gadżety i miejsca, w których można poczuć jak drzewiej bywało. Kopernik w Toruniu jest reklamowym gadżetem - na szczęście dość przyzwoitym, bo niektóre miejscowości w USA mogą się pochwalić jedynie Mikiem Bezgłowym Kurczakiem.



A co to znaczy, że w Toruniu kontynuowane są tradycje kopernikańskie? Bo nadal wierzymy w teorię heliocentryczną? Bo prawo o złym pieniądzu wypierającym dobry przekuliśmy w nowocześniejsze formuły ekonomiczne i się do niego stosujemy? Litości.

Podczas starań o ESK pojawiały się koncepcje nawiązujące do rewolucyjnych tradycji tego miasta. Rewolucyjnych? Kopernik w Toruniu jedynie dorastał, ale największe swoje osiągnięcia zawdzięcza wykształceniu, którego nie mógł odebrać na prowincji. Nie ma nawet jednoznacznych dowodów, że powracał regularnie do swojego rodzinnego miasta. Toruń podwyższa na ołtarze człowieka, którego wiąże z tym miejscem - powiedzmy - metryka urodzenia. Czy może być coś bardziej małostkowego?

Gdyby nie było Tadeusza Rydzyka, Toruń w Polsce nie kojarzyłby się z niczym.

Jeśli chcesz rewolucji, wyjedź.

wtorek, 25 października 2011

Moje roztańczone bezsensowne miasto



Widziałem filmik o roztańczonym Toruniu przygotowany na zlecenie magistratu. Cóż, ja mogę powiedzieć: dziewczęta ładne, ładnie się ruszają, a w tle ładne miasto. Materiał jest zdecydowanie zbyt długi, a muzyka przypomina mi sygnał oczekiwania na połączenie telefoniczne w jakimś kafkowskim urzędzie.

Ta produkcja ma wiele wspólnego z filmem Łukasza Karwowskiego - tam także ulice świeciły pustkami. Tutaj oprócz zaangażowanych i wesołych tancerzy nie ma żadnych niewinnych przechodniów. Ulice wyludnione, jakby na Motoarenie odbywało się Grand Prix albo miasto powróciło do zwyczaju publicznych egzekucji na dziedzińcu ratusza. Pomysł - nie wiem, czy w tym wypadku to dobre słowo - wydaje się banalny i mocno kiczowaty. Ach, te tęczowe literki na początku...

Jedno krótkie pytanie przecina moje synapsy, pytanie, które kwestionuje wszelkie sensy i cele: „Po co?” Po co nam taka reklamówka? Żeby torunianin mógł nasycić oko i przekonać się w jak gustownej części świata żyje? Żeby inni Polacy zobaczyli, jak ładne dziewczęta ładnie się poruszają, a w tle ładnie majaczy Toruń?

Nie mam bladego pojęcia, dlaczego powstał ten film i jaki do cholery ma związek z Toruniem. Że u nas przechodzi się przez życie tańcząc? Że w radosnych pląsach unosimy się nad toruńskimi brukami? Że ten nie zaznał życia, kto nie służył w Toruniu? Gdyby chociaż pojawił się jakiś napis, który by opowiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Albo seksowny głos narratora albo narratorki rozjaśniłby mroki produkcji. Drugi raz ten filmik obejrzą jedynie jego bohaterowie i stadko sieciowych wankerów - ci czekają tylko, jak jakaś loli albo jailbait pokaże kolanko, aby w zaciszu domowym stworzyć własny minimalistyczny układ choreograficzny.

Propozycja: mogę zrealizować amatorski filmik o tym, jak szlachetni toruńscy mężowie obalają pół basa w reprezentacyjnych zakątkach miasta. Ich pełne pasji życie to dożywotnia zabawa.

poniedziałek, 24 października 2011

To mógłby być tekst o Warszawie dwóch prędkości



Dwa tygodnie spędzę w Warszawie. Tradycyjne coroczne korporacyjne zesłanie.

Mieszkanie na Bluszczańskiej, które z przyczyn oczywistych nazywa się kibucem, leży na klasycznym grodzonym osiedlu. Po drodze do pracy widziałem dzisiaj tłumek bezdomnych, którzy zimują gdzieś w okolicach. Mijałem uwite w krzakach mieszkanka z tapczanem i wersalką, ulubiony fotel psa i inne przedmioty, na których bliższe znajomości zawierają panowie i panie z miejscowych nizin. Nie mam najmniejszej ochoty bratać się z proletariatem.

Czekają mnie dwa tygodnie mniszego życia. 10 godzin pracy dziennie, brak internetu w domu, pornografii, bloga, głupich filmów o kotach, alkoholu. Największym wydarzeniem będzie codzienna wizyta w zakładowej stołówce. Moje zwyczaje żywieniowe w tych stronach uchodzą za dość szczególne - na obiad z miną doświadczonego bulimika zamówiłem dziś makaron z sosem i frytki.

W Warszawie zachowuję się na ogół jak typowy burak z prowincji - wszystko mi się podoba, urzeka plastyczną urodą i skalą. Ten blog przez dwa tygodnie będzie dość nudny.

środa, 19 października 2011

Literatura też się skończyła



Trwa Toruński Festiwal Książki, który dobitnie pokazuje, że literatura w tym mieście absolutnie się wyczerpała. Pamiętam, że kiedyś to rzeczywiście było wydarzenie. W ramach imprezy odbył się między innymi festiwal Proza Północy, który wypromował jedyną z niewielu kategorii krytycznoliterackich związanych z tym miastem. Największym środowiskowym eventem były konkursy jednego wiersza w Domu Muz i w Piwnicy Pod Aniołem.

Dziś program festiwalu tworzą zajęcia literackie dla dzieci i spotkania z uznanymi pisarzami – bez odkrywania jakichkolwiek lokalnych kontekstów i środowiskowych uwikłań. W tym roku trudno nawet szukać spotkania autorskiego z miejscowym pisarzem albo poetą. Ta sytuacja wcale nie wynika ze złej woli organizatorów imprezy – podejrzewam, że toruński magistrat nie ma komu zaproponować przygotowania przyzwoitego wieczoru z lokalnymi twórcami.

Historia najnowszej literatury w tym mieście jest w istocie historią zaniechań i milczenia. „Undergrunt” - ostatnie pismo literackie w Toruniu – rozpadło się w 2004 roku z powodu kłótni w redakcji i kłopotów finansowych. Następne inicjatywy tego rodzaju okazały się na tyle efemeryczne, że nawet nie zdołały zdobyć pieniędzy na druk.

Nadzieja pojawiła się, gdy toruńscy członkowie Stowarzyszenia Pisarzy Polskich ogłosili secesję z oddziału bydgoskiego i założyli własny. Dołączyli do nich pisarze bydgoscy jak m.in. Grzegorz Musiał i Michał Tabaczyński. Wkrótce jednak okazało się, że oddział nie potrafi sprawnie funkcjonować i praktycznie zawiesił działalność.

Swoje kryzysy przechodzili też twórcy. Poeta Janusz Kryszak zamilkł po tym, jak prasa ujawniła, że współpracował z komunistyczną bezpieką. Krzysztof Ćwikliński publicznie oświadczył, że nie zamierza pisać już wierszy. Cezary Dobies wybrał emigrację w Paryżu, a Wojciech Giedrys po ukazaniu się udanego debiutu poetyckiego całkowicie odciął się od życia literackiego. Miłka Malzahn jest w Białymstoku, Waldemar Ślefarski w Gdańsku.



Aktywni są młodzi poeci: Rafał Skonieczny, Tomasz Dalasiński, Rafał Derda, Marcin Jurzysta i Szymon Szwarc, jednak niewielu z nich zdołało cokolwiek wydać. Odbywający się w klubie Od Nowa Majowy Buum Poetycki, który od lat pogrążony jest w kryzysie. Nie ma środowiska, nie ma publiczności literackiej. Prosta zależność. Ostatni festiwal pod względem merytorycznym wytyczał nową ścieżkę dla festiwalu, ale mimo to poległ na całej linii. Swojej roli nie spełniły też Wolne Rynki Poetyckie, odbywające się najpierw w Teatrze Wiczy, a później w Dworze Artusa.

Lepiej nie będzie.

poniedziałek, 17 października 2011

Koniec Teatru Wiczy

Romuald Wicza-Pokojski zostanie dyrektorem teatru Miniatura w Gdańsku. Serdecznie gratuluję. Myślę jednak, że to bardzo zła wiadomość, jeśli jesteś torunianinem, widzem albo aktorem Teatru Wiczy.

Nie mam żadnych wątpliwości, że tę scenę alternatywną czeka wiele problemów, a być może nawet zawieszenie albo zakończenie działalności. Wicza przez ostatnich kilka lat pracował w Gdańsku – ta decyzja zawodowa nie pozostała obojętna dla teatru i moim zdaniem odbiła się na jakości jego spektakli.



Weźmy za przykład „Kump”, który powstał w koprodukcji z Nordic Black Theatre z Oslo. Widowisko nie wytrzymuje porównania z poprzednią plenerową produkcją torunian – z „Writers & Waiters”, przepiękną formą okazania wdzięczności środowisku, które przyjaźni się z teatrem. Był tam przegląd działań teatralnych, które składają się na oryginalny styl wypowiedzi artystycznych Wiczy. Mimodram, performance i cyrk, do tego jeszcze żywa muzyka. „Kump” powstał w kilka tygodni – toruński zespół nie miał czasu na rozpoznanie możliwości swoich norweskich partnerów. Powstało widowisko marne pod każdym względem: o całkowicie nieprzekonującej wizji plastycznej i nieinteresującej fabule, a także dość mgliście rysującym się przesłaniu. Nie da się zrobić dobrego spektaklu w trzy tygodnie.



Kolejny przykład „Ja, dyktator” - przedstawienie, które powstało w całkowicie szalonych warunkach. Do programu Fringe dostał się monodram „One Night Contract” na podstawie opowiadania Arthura Millera. Krystian Wieczyński w tym inscenizowanym monologu wcielił się w rolę tancerza, który opowiada o propozycji, jaką złożył mu Hitler. Na to przedstawienie można było nałożyć wiele ram interpretacyjnych: to historia starzenia się tancerza, dla którego ciało było jedynym narzędziem pracy; wykład, jak Amerykanie patrzyli na wojnę; przestroga przed wikłaniem sztuki w politykę.

Wicza nie mógł zabrać tego spektaklu do Edynburga, bo teatr stracił prawa do wystawiania tekstu Millera. Przepisał go na nowo, ale głównym bohaterem uczynił Charlesa Chaplina, którego hitlerowiec usiłuje przekonać do zmiany scenariusza „Dyktatora”. Pomysł karkołomny, co zauważyła brytyjska krytyka:

There are many excellent ways to begin a Fringe performance, but standing at the front of the stage in one’s underpants is seldom one of them. In this tediously long hour, Krystian Wieczynski ham-fistedly attempts to explore the similarities between Charlie Chaplin and Hitler, against the backdrop of the film ‘The Great Dictator’. Wieczynski’s strong accent makes the bizarre show even harder to follow, and his attempts to speak and move ostensibly hypnotically come across as merely irritating. Punctuated with abominable tap-dancing and worryingly incremental stages of nudity, this faux-arthouse performance manages to baffle and bore in equal measure. A waste of time, money and a perfectly good venue; any free tickets you receive should be considered overpriced.

It's a ripe area for a study of politics and art and the impact that one can have on the other. Unfortunately, this production doesn’t even come close to achieving that aim.

This is a bizarre, pretentious and deeply unrewarding take on a potentially interesting subject.

Wicza jako dyrektor teatru repertuarowego nie będzie miał czasu na zajęcie się swoim zespołem. Gdy był szefem Gdańsk 2016, do Torunia mógł uciekać przed urzędniczymi stresami. Teraz – mając w ręku dużą infrastrukturę teatralną, z 15 aktorami i dwoma milionami złotych rocznego budżetu – raczej niewiele będzie go ciągnęło do Teatru Wiczy, który nadal jest bezdomny. Obym się mylił.

Reżyser to zawód niestacjonarny, rola szefa teatru wymaga jednak zakorzenienia się w jakimś środowisku, inspirowania i dyskusji. Tego właśnie będzie brakowało jego toruńskiemu zespołowi.

Podejrzewam, że teatr w jakiś cudowny sposób przetrwa i stanie się maszynką do zdobywania dotacji na projekty edukacyjne, dzięki którym japońscy przechodnie rozwieją swoje wątpliwości związane z pisownią nazwiska „Mrożek”.

środa, 12 października 2011

Jak miło spędzić czas, gdy wątroba pracuje

Wszyscy klubowicze kończą weekend z samotnym piwem przed ekranem komputera. Czat na kacu jest zjawiskiem meganudnym: nie ma nic gorszego na świecie niż czytanie źle napisanych tekstów, rozwijających się według oczywistego schematu. Ciężka internetowa pornografia zaś raczej nie rokuje rekreacyjnie z oczywistych powodów.

Oto mój poradnik jak sobie poradzić z kacem przed kompem. Do rozwijania narracji potrzeba kilku piwek. Może być ciekawie, więc z pewnością zastanie Was poranek następnego dnia i kac uderzy z lżejszą siłą kilkanaście godzin później. Zapewne to igranie z fizjologią jest niezbyt zdrowe, ale warto spróbować, aby choć resztę wolnego czasu spędzić jako ssak naczelny.

Na początek warto się trochę pośmiać. Nic ciekawego nie znajdziemy w tym stanie na Joe Monsterze, generalnie na Joe Monsterze nie znajdziemy nic ciekawego - w ogóle, w żadnym stanie. Polski kabaret odpada: zobaczymy garstkę pajaców udających niepełnosprawność umysłową, panów przebranych za panie, panów przebranych za policjantów i dresiarzy i inne niezbyt ciekawe rolplejowe rozwiązania, na które skazuje nas wrażliwość przeciętnego polskiego artysty estradowego.

Jest stand-up. Polski od razu odpada. Najtęższym przekleństwem jest tam „kurwa”, choć język polski zna kilka mocniejszych wyrażeń. Jest typowy polski banalizm i mazowiecka nizina. Koniecznie w YouTube wpiszcie sobie nazwiska: George Carlin, Richard Pryor, Bill Hicks, Dave Chappelle, Chris Rock, Bill Maher.

Richard Pryor:


George Carlin:



Bill Hicks:



Swoją drogą chciałem namówić kilku miejscowych satyryków z pewnej znanej swego czasu kampanii, aby zastanowili się, czy nie zrobić najlepszego stand-upu w Polsce. Zaczęli myśleć o skeczach i pomyślałem, że wyjdzie z tego coś jak rozmowy Halamy o kurze, więc o sprawie błyskawicznie zapomniałem.

Klipy są dość długie, alkohol szybciej kąsa, więc pora odejść na pozycje sentymentalne. Meluzyna, Buka i Pankracek powinni wystarczyć na początek. Lepiej jednak przejść od razu w przestrzenie totalnego obciachu i przypomnieć sobie piosenkę, do której tańczyło się w świetle kolorofonów.



No ale w międzyczasie zdążyło się minąć pewną ostrą granicę – z tego miejsca prościej się upić niż zaleczyć kaca, więc trzeba wejść głębiej w sentymentalizm.

Wrestling. Najcelniejsza metafora Ameryki i wielka pasja mojej podstawówki. Na ringu Dobre walczy ze Złym: Dobre jest szlachetne i nie zna chwiejności, Złe zaś jest chaotyczne i przemyślne. Wszystko jest znakomicie oskryptowane i przećwiczone, nikt nie wypada z kayfabe nawet w realu. Większość bohaterów mojego dzieciństwa zmarło w dziwnych okolicznościach: przedawkowanie narkotyków, środków przeciwbólowych lub sterydów, choroby serca, wątroby i nerek, rak, samobójstwa i morderstwa.



Bokserska encefalopatia, która wybudza w nocy i każe zabić rodzinę. Większość z moich herosów nie dożyła do czterdziestki. Ale czego się nie robi dla dzieci?



Czas na ciężkie porno. Ale spokojnie, nie wrzucę Wam żadnych linków do kamerek z dziewczętami z rozszczepionym kręgosłupem ani do filmu z czarnym Amerykaninem, który bawi się anorektyczną Azjatką, a później nosi ją w walizce.

Jest trochę przemocy. I filmiki, dzięki którym dowiadujesz się, że nerwy optyczne utrzymują mózg na miejscu. Albo viral Nokii, ładna etniczna muzyczka i stada dzikich psów uciekających z kadru:



Moim największym odkryciem, które zwykle kończy kacowe nasiadówki przy komputerze, jest chatroulette.com. Oprócz dziesiątek penisów w wzwodzie, co jest smutną koniecznością w tym serwisie, widziałem osobisty striptiz pijanej w sztok Rosjanki, Nowozelandczyk pokazał mi hakę i uciąłem sobie przyjemną pogawędkę z najaranym Snoop Doggiem.

piątek, 7 października 2011

Moje smutne życie polonisty (jak zwykle fikcja)

5.



To było wtedy, gdy robotnicy pracujący nad remontem korytarzy rektoratu postanowili zabić nudę telefonowaniem do znajomych. Jeden z nich miał pripejda, więc dla żartu zadzwonili do swoich uczelnianych mocodawców. Odebrała sekretarka, a ta - jak ten zawód ma w zwyczaju - zachowała się jak klasyczny cerber. Nie chciała przekazać słuchawki rektorowi, który miałby być na jakimś ważnym spotkaniu. Uraziło to dumę ponurych roboli - skrzyczeli biedną pracownicę, że w budynku wydziału prawa jest bomba i że za pół godziny eksplozja rozniesie dumę toruńskiej uczelni: budynek z przyciemnianego szkła i lekkich a solidnych jako kości ptaków metali. Sekretarka się przeraziła i od razu poinformowała rektora o ataku terrorystycznym na uczelnię. Jego magnificjencja stanął wyprostowany i rzekł oficjalnie:
- Dzwonić na policję. Ewakuować natychmiast prawo.
Robole bardzo szybko się zorientowali, że panika na części campusu nie przerwie ich nudy, więc dla pewności zadzwonili po raz drugi do sekretariatu rektorów. Powiedzieli wprost:
- Chuje, teraz nie będzie tak łatwo, bo uzbroiliśmy pięć ładunków w budynkach uemka w mieście. Witajcie w piekle.

Policja ewakuowała 15 tys. osób w ciągu pół godziny, przepędzając studentów i pracowników uczelni z wydziałów, instytutów, katedr, bibliotek, stołówek, klubów studenckich, akademików. Miasto zalała fala zdezorientowanej od szczęścia młodzieży. Co zrobić z czasem wiedzieli za to niezawodni wykładowcy z toruńskiej polonistyki. Zajęli cały Salvador, który mieścił się niedaleko wydziału filologicznego.

Najlepsze miejsca w knajpie - w głębokich fotelach - zajęła kadra profesorska, ławy wzięli habilitanci, na dostawianych do stolików krzesłach usiedli zaś doktorzy. Zrobiło się familiarnie. Dziekan wydziału - Profesor T.W., poeta i uznany wykładowca - zdążył przed ogłoszeniem ewakuacji wybrać resztki gotówki z budżetu polonistów. Zdecydował się na ten krok, bo i tak tę sumę zapisał w przyszłym roku na koła naukowe, które nie potrzebują pieniędzy, a jedynie trochę profesorskiej aprobaty.
T.W. zaczął od wódki. Brał całe butelki, bo udało mu się utargować niezłą zniżkę. Panna za barem patrzyła na niego łaskawszym okiem po tym, jak raz dwa razy w tygodniu organizował w lokalu zajęcia integracyjne ze studentami.
Profesor nie darzył mnie szczególną sympatią, ale i tak pozwolił mi usiąść przy sąsiednim stoliku. Moim atutem było zapewne to, że odbyłem z nim bardzo szczegółowy i szczery wywiad do mojego Pisma, który odbił się szerokim echem w miejscowym środowisku. Profesor wśród obcych zachowywał się bardzo oficjalnie i dbał o etykietę. Gdy w pobliżu pojawiał się ktoś spoza jego klasy, zachowywał się jak wzorowy wykładowca; gdy zauważył, że może pozwolić sobie na luz, błyskawicznie skracał dystans. Widać uznał mnie za kogoś gorszego od siebie, bo od razu zaczął dowodzić stolikiem jak podpity sowiecki generał.

W Salvadorze realizowałem tajną misję. Wolny poniedziałek zagwarantowała uczelni ekipa robotników z rektoratu, do mnie należało uratowanie wtorku dla garstki przyszłych polonistek. Studentki przekonały mnie, że absolutnie nie odpowiada im termin zaliczenia z przedmiotu, który prowadził doktor Radełko. Wcześniej udowodniłem filolożkom swoje umiejętności, bo udało nam się przesunąć datę egzaminów z Młodej Polski, teorii literatury i kilku mniejszych zalek.
Jak to zrobić? Trzeba było zorganizować spotkanie redakcyjne w gronie uczonych i namówić ich na stałą współpracę z naszym tytułem. W każdym z naszych naukowców ukrywała się próżność, a my tę próżność ujawnialiśmy i na niej graliśmy. Spotkanie oczywiście odbywało się na neutralnym gruncie, który tylko z pozoru był neutralny. Miles był naszym terytorium zależnym, ale oni o tym nie wiedzieli.
Tym razem koledzy z redakcji wymigali się brakiem czasu, więc zaszczyt schlania pedagoga spadł na mnie. Nie narzekałem, bo wiedziałem, że młodszy wykładowca lubi stawiać poetom, których podziwia. A o jego podziwie najlepiej świadczyło to, że zlecił kilku panienkom, aby napisały prace semestralne na temat mojej debiutanckiej książki.
Salvador to miejsce filologów. Wykładowcy wybierali się tam tylko na oficjalne rozmowy; gdy rzeczywiście chcieli się sponiewierać w samotności, szli do Dilla i Kaduka. Tam przebywali tylko miejscowi. Kadra naukowa z polonistyki skutecznie wystraszyła wszystkich studentów i przepędziła z Salvadora sztyrliców z innych instytutów. Mogli tutaj oddać się rui i porubstwu.

Polonistyka - panteon uczelni, prawdziwy jej bestiariusz. Rozkoszne modernistyczne improduktywy. Któż to nas zaszczycił?
Jąkający się profesor od starannej wymowy już nie prowadził zajęć. Nikt go o zdanie nie pytał, bo i tak nie dałoby się nic zrozumieć. Od razu robił niepotrzebny hałas i tylko zawstydzał towarzystwo swoim kalectwem. Jąkanie zaczęło się tak po prostu - pewnego dnia obudził się i nie mógł już z siebie wykrzesać zdania o poprawnej melodii. Lekarze stwierdzili, że miał lekki udar mózgu.
Posądzany o wampiryzm profesor od literatury powszechnej przypominał palacza z „Archiwum X”. Nawet gdy nie palił, z jego ust unosił się dym z drogiego egipskiego tytoniu, którego stanowczo nadużywał. Miał rzadką chorobę skóry - po mieście chodził w przebraniu szpiega z krainy deszczowców, na wykładach panowały u niego całkowite ciemności. Gdy studentka kiedyś odsłoniła lekko żaluzje i promień światła padł na rękę, w całej sali zapachniało pieczonym ludzkim mięsem.
Doktor Paweł był specjalistą od Grotowskiego i Kantora. Cierpiał na depresję. Dwa dni wcześniej odstawił prochy, bo wiedział, że jego szef spragniony jest imprezy i tylko czeka na sygnał do wyjścia do Salvadora. Sumiennie spełniał katastroficzne wizje matek i żon o synu i mężu, który nie wrócił na noc do domu i leży pijany gdzieś w rowie.
Habilitowany od pozytywizmu był spryciarzem. Niekwestionowany mistrz badań zachowania studentów w środowisku akademickim pozbawionym wykładowcy. Dostał wysokie stypendium rządu niemieckiego na kwerendy w bibliotece, którą w 1944 roku przypadkiem zbombardowali Alianci. Nie miał szans wykazać się swoimi filologicznymi umiejętnościami, więc przepił kasę w hamburskich klubach. Jego pracę nagrodzono za to w konkursie na najlepsze opowiadanie detektywistyczne. Pijany nie tracił rezonu w rozmowie, ale gdy próbował wstać, przewracał się i od razu zasypiał. Obecnie próbował trzeźwieć - badał, ile trzeba wypić karmi, aby nie wyjść na alkoholika i jednocześnie nawalić się w trupa. Nie mógł znaleźć odpowiednich proporcji.

Najgorzej prowadzili się redaktorzy uniwersyteckich pism artystycznych. Jeden z nich tłumaczył doktorantce: „Plotki, jakobym miał zarzygać zakład teorii literatury, są daleko przesadzone”. Naczelny zaś - habilitowany z socjologii - bez żenady odebrał telefon od kochanki. Nawet nie pofatygował się do wyjścia. Cedził przez zęby:
- Jaką rekomendację? Czy zdajesz sobie sprawę, z kim rozmawiasz, a kim ty jesteś w tej sytuacji? Jesteś zwyczajna cipa z Białorusi. Wypierdalaj do siebie, pókim dobry. Jak doniesiesz komukolwiek, będziesz miała przejebane. Wrócisz do swojego Łukaszenki.
Nikogo to nawet nie zażenowało. Zwłaszcza habilitowanego Piotra, wykładowcy literatury klasycznej, który potrafił sprawić, że wszystkie studentki polonistyki przed egzaminami wyglądały jak dziwki. Bo dziwki akurat lubił i na dziwkach się znał. Cały korytarz przed egzaminem zasiedlały wówczas ofiary jego rozlicznych fantazji i fetyszyzmów. Wydekoltowane, z wielkim wcięciem w sukience aż po pachy, pensjonariuszki o surowej zakonnej regule, studentki w skórzanych spódnicach przypominających lateks, w wojskowych butach, w swetrach w pandy i szare abstrakcje, w białych męskich koszulach, w półprzezroczystych bluzeczkach o sutkach pociągniętych pomadą, lekko spocone lub niedomyte. Kochał ten cały harem, który wyhodował na półsłówkach, aluzjach, sugestiach i gierkach.

Ale znał zasady. Aktywni towarzysko wykładowcy umku jak ognia boją się oskarżeń o molestowanie. Teraz to prawdziwa plaga. Wcześniej studentki rozbierały się bez gadania. Kiedy rozpoczynały lamenty i pasje nad niezdanym egzaminem, każdy mógł zaproponować alternatywne zakończenie ich bolesnej historii.
Standardy zmieniły dopiero wydarzenia na socjologii. Studentka jeszcze w pokoju swojego profesora rozpaczliwie zaczęła drzeć na sobie szaty i krzyczeć - i w naderwanych ciuchach, z cyckiem na wierzchu zaczęła rozpaczliwie poszukiwać pomocy wśród innych studentów na korytarzu. Aż dziw bierze, że nikt nie wykazał się obywatelską inicjatywą i nie zadzwonił na 997. Od tego czasu zasady egzaminów na wydziale się diametralnie zmieniły - studentki oczywiście przepytuje wykładowca, ale w pokoju zawsze jest drugi pracownik umku, który choć układa pasjanse na komputerze, jest bezwzględnym świadkiem całej sytuacji - na wypadek przyszłych roszczeń.
Habilitowany Mariusz nic sobie z tych zakazów nie robił. Tylko raz zdobył się na śmiałość wobec egzaminowanej, która za czwórkę z plusem - aby nie wzbudzać niczyich podejrzeń - zrobiła mu loda na dyżurze. Później stał się znacznie ostrożniejszy. Wyrywał tylko studentki z innych wydziałów. Brać studencka opowiadała sobie liczne anegdoty o tym, jak habilitowany Mariusz się czołgał po korytarzach akademika numer jeden, tak że znalazł tajemne przejście do akademika numer sześć, które się objawia tylko ludziom szczególnie pijanym. Z nami imprezował kilka razy. Jego towarzystwo przestało nam odpowiadać, gdy obiecującej poetce włożył rękę w spodnie na naszych oczach.

Doktor Radełko, z którym się umówiłem, to specjalista od literatury porównawczej. Bał się swoich kolegów z pracy. Wszyscy nim pomiatali. Desperacko walczył o akceptację. Z okazji dnia kobiet Radełko szalał i wszystkim istotnym kobietom z instytutu kupował po goździku. Gdy zauważał, że te mniej istotne się obrażają, również obdarowywał je kwieciem. Na święto patrona w każdej sali na stolikach lądowały paczki pierników. Wszystkim regularnie wysyłał majle z komplementami i ciepłym słowem na każdą okazję. Pamiętał o urodzinach, imieninach, rocznicach ślubów, rozpoczęcia pracy naukowej, wydania pierwszej istotnej książki, ale nikt go nie traktował poważnie. Był łatwym celem.

Gdy humaniści osiągnęli pełnię, zaczęły się rozmowy biznesowe. Przemawiał oczywiście Profesor T.W. - poeta laureat:
- Mariusz, powiedz, czy nie chciałbyś już tego profesora? Dorobek masz, jakieś publikacje, gorzej z konferencjami, ale to jest to zrobienia. W Salvadorze mamy kworum. Na papiery przyjdzie czas. Chcesz? Dostaniesz.
- Wiesz, Tadziu. Może i chciałbym.
- No to co się wzbraniasz?
- Wiesz, Tadziu. Ja odebrałem staranne przedwojenne wychowanie. Rodzice nauczyli, że w dobrym tonie jest nie prosić o coś, co się należy.
- Mądrzy ludzie. Pogadamy o tym w środę przed zebraniem rady wydziału. Ogłoszę to przed całym koleżeństwem. A tymczasem zdrowie nowego profesora.
Wszyscy wznieśli w górę kieliszki i kufle.
Habilitowany Piotr zauważył w tłumie doktora Radełka. Trącił łokciem T.W.
- Tadzik, przejdź z Radziem na ty - mówił do niego. - Porządny chłopak. Młody, zdolny, u ciebie pisał doktorat, u ciebie pracuje.
Profesor T.W. spokojnie nalał sobie wódki. Część rozlał na stole. Zamoczył palce w kroplach, palce sumiennie oblizał.
- Panie Radek, pan jeszcze poczekasz. Bo z pana gnojek jeszcze, a nie badacz. Zasady jakieś muszą być. Na „ty” to ja z panem teraz mogę przejść, pan jeszcze nie. Tak jak w szkole będę do ciebie mówił po imieniu, a ty co najwyżej możesz mi powiedzieć: Rabbi.
Wszyscy przy stoliku zarechotali jak batalion ss.
- No jak się mówi do nauczyciela? - zapytał Profesor T.W.
- Rabbi.
- A teraz, Radełko, przynieś nam po piwie.
Wstydziłem się za doktora Radełka, bo to dobry człowiek. Uczynny, łagodny, sumienny, profesjonalista w swojej dziedzinie, który troszczył się o swoją żonę i kilkumiesięczną córkę. Nie potrafił się jednak bronić przed skurwysyństwem.



Profesor lubił się znęcać nad słabszymi. Swoim ćwiczonym wysoko postawionym belferskim głosem rozpoczął kolejną serię tortur.
- Ale na razie, mój drogi uczniu, wiesz, że cała twoja kariera zawodowa zależy ode mnie?
- Tak.
- To było pytanie retoryczne, kretynie. Od tej pory, jeśli koleżeństwo pozwoli, będę ciebie nazywał imionami żeńskimi. Kobiet, jeśli rozumiesz. Dobrze, Migotko?
- Ale to nie imię.
- Iwona, nie wpierdalaj się, jak pan mówi. Nie masz do mnie pretensji, że ostatnią waszą pracę zbiorową oddałem pod swoją redakcją? Tak jest w papierach i rachunkach.
- Nie, panie profesorze.
- Zuch dziewczyna. Naprawdę zyskałaś w moich oczach. Napijmy się... Jak tam w życiu osobistym?
- Ja z żoną...
- I bardzo dobrze. Tak trzymać.
Radełko dzielnie to znosił. Nawet pogardliwy śmiech, który znów podniósł się ze stolika, nie starł z jego twarzy niewymuszonej radości. Bo tak to już musi być na uniwersytecie, że ktoś jest samcem alfa, a ktoś samcem omega. Przyjdzie jeszcze czas, a Radełko tym wszystkim gnojom pokaże, wyjebie w dupę jakiegoś początkującego brylarza i będzie się wytrwale wspinał po hierarchii. Wiedział jedno: na uniwersytecie - tak jak w armii i w Kościele - pozostały resztki feudalizmu, który utrzymuje się za pomocą rozlicznych wewnętrznych rytuałów i gier. Wiedział też, że wszystko pokona i dojdzie do profesury, zanim wielu z tych dupków odbierze dyplom doktora habilitowanego.

Młody doktor w końcu dał sobie z nimi spokój i przysiadł się do mojego stolika. Zaczęliśmy od kilku - jak się wyraził - grzdylików. Od razu wiedziałem, że ten zwyczaj nazywania czterdziestek wódki przejął od wielkiego mecenasa naszej kultury i lokalnego potentata na rynku złomu i samochodów używanych. Gdy zmieniał temat na dom i rodzinę, usiłowałem wymusić od niego wyznania na temat najnowszej literatury polskiej. W zasadzie nic mu się nie podobało. Cały młodoliteracki majnstrim nazwał grafomanią, a z wielkich oszczędził jedynie Gombrowicza (chociaż pedał, jak zaznaczył), Iwaszkiewicza (chociaż pedał, jak zaznaczył), Andrzejewskiego (chociaż pedał, jak zaznaczył).

Generalnie było nudno. Wykładowcy przy sąsiednim stoliku rozprawiali, że etos naukowca upada, że we wszystkich swoich regulaminach i umowach mają wpisany obowiązek rozwoju intelektualnego, ale jak tu rozwijać się przy głodowych zarobkach. Później zaczęli mówić o przyszłych polonistkach, które na schizmę wschodnią mówią „szizma”, słuchają szajsu i bluzgają okrutnie na korytarzach, a niewinne uszy pedagogów aż więdną od tej złamanej mowy.
Kadra ożywiła się tylko, gdy przyszło do opisu miast uniwersyteckich. Zauważyli jedną prawidłowość. Wszystkie żyją w pięcioletnich cyklach. To rytm spazmatyczny, nierówny, który daje okresy martwe i okresy aktywne. Ale nawet po owocnych czasach cykl musi rozpocząć się od początku i w mieście nic nie zostaje. To miasto było nieinne - co pięć lat jak organizm wymieniało swoje komórki, znosiło dawne porządki i zaczynało organizować nowe, ale żadna z nowości nie wytrzymywała nadejścia nowego porządku.
- I znów wszystko leży na barkach elit. Naszych czyli - westchnął poeta laureatus.
Humaniści zauważyli, że Profesor T.W. zaczyna wolniej pić piwo i od razu się do niego dostosowali. To do niego należała decyzja, czy impreza dokądś się przeniesie.
- Koleżeństwo, idziemy do Milesa - rozkazał Profesor T.W.
- Tadzik, wielu z nas nie da rady - zastrzegł Mariusz.
- Panie profesorze Mariuszu, proszę nie psuć morale. No panowie, ab ab, ab, ab! - pośpieszał wykładowca.
Fetyszysta wziął taksówkę do popularnego burdelu na Ptasiej, jąkała od wymowy przepadł bez słowa, redaktorzy pisma pożegnali się wylewnie ze wszystkimi i również zniknęli w taksówce. Profesor T.W. trzymał mniej więcej fason, choć wypił najwięcej. Doktor Paweł miał zamiar się upodlić, habilitowany pozytywista chciał kogoś poznać spoza swojej sfery. Doktor Radełko szedł ze mną. Wiedziałem, że wykonałem swoją misję.

W Milesie wykładowcy usiedli przy barze. Gdzieś w pobliżu pewnie skończyła jakaś konferencja naukowa, bo klub w chwilę zapełnił się podstarzałymi typami w tanich marynarkach i tanich wodach po goleniu. Od razu po wejściu do lokalu naukowcy rozluźnili krawaty, wyzwolili się od guzików przy szyi, a marynarki młodzieżowo przewiesili sobie przez ramię. Niekończące się zakamarki tanich płaszczy brzęczały od monet, a miękkie portfele z wyblakłymi, nieaktualnymi zdjęciami żon czekały wściekle w hotelach. Rozglądali się łapczywie po Milesie i gorączkowo rozprawiali. Z polonistami przy barze szybko doszli do porozumienia.

Uczonych przez moment swoją obecnością zaszczycał nawet jeden z byłych rektorów, bohater rozlicznych anegdot, a nawet prozy zaangażowanej. Był ciężkim alkoholikiem. W czasie międzynarodowej konferencji w Paryżu na ostrej bani urządził sobie toaletę w miejskiej fontannie. To zdarzenie trochę przyhamowało jego karierę naukową, jednak nie powstrzymało pięcia się po szczeblach uniwersyteckiej administracji.
Jako rektor uwielbiał zbliżać się do akademików i nasłuchiwać, czy gdzieś przypadkiem nie odbywa się impreza. Raz po intensywnym posiedzeniu uczelnianego senatu postanowił wbić się na zabawę u studentów. Po sterroryzowaniu portierki, która w podpitym nie rozpoznawała z początku swojego überszefa, dostał się pod drzwi pokoju, gdzie w najlepsze trwało opijanie egzaminu. Gdy wszedł, zapadła cisza. Ktoś wyłączył magnetofon i zdawało się - tak jak w kreskówkach - że słychać cykady.
- Czy wy wiecie, kim ja, kurwa, jestem? - zapytał braci studenckiej jego magnificjencja. W pokoju słychać było nerwowe szepty.
- Kim ja jestem, do kurwy nędzy? - zagrzmiał znów.
Studenci nijak nie mogli ani wspomóc pamięci gościa, ani udzielić mu odpowiedzi na to filozoficzne w końcu pytanie. Ustalili, że go nie znają. Ten rozwiązał wnet zagadkę.
- Jestem rektorem waszej wszechnicy - słowa spieniły mu się w kąciku warg.
Kilku imprezowiczów zaczęło coś kojarzyć, kilka z wrażenia przysiadło, wszyscy w mig wytrzeźwieli, jakby z chmury zszedł do nich sam prorok Eliasz i oznajmił im, że koniec jest tuż.
- Na co, kurwa, się gapicie? - zaczął znów. - Rektorowi nie polejecie?

Nie chciało mi się siedzieć z polonistami. Spotkałem początkującego didżeja, który miał akurat wolne. Chciało mu się palić. Wysłałem go więc do ostatniej w mieście kafejki internetowej. Mieściła się tam największa dilerownia na Starówce. Tam też początkujący tajni policjanci nieskutecznie doskonalili swój fach.
Złożyliśmy się po pięć zeta na dwa nabicia. Mój kompan wrócił z niczym, bo spalona obsługa potraktowała go standardowo - jako funkcjonariusza w cywilu. Coś jednak udało się skręcić od niezastąpionych barmanów. Zaryglowałem się z awangardą muzyki klubowej w toalecie.
- Co macie dobrego? - zapytał wtem poważny głos zza drzwi.
- Nic dla ciebie, koleś. Spierdalaj.
- Dajcie jednego bucha. Jestem profesorem waszego uniwersytetu.
Zainteresowani otworzyliśmy drzwi.
- A z jakiego wydziału? - zapytaliśmy na wszelki wypadek.
- Ze sztuk pięknych.
- No to spierdalaj - zamknęliśmy mu drzwi przed nosem.
Nie przysłużyliśmy się polskiej nauce i sztuce. A możliwe, że po tej sesji powstałby cykl dekonstruujących rzeczywistość akwareli.

Gdy spaliliśmy się przeokrutnie, do wucetu wszedł jeden z dwóch lokalnych doktorów logiki. Jednego oskarżono o molestowanie seksualne, drugi na wszelki wypadek wszystkich wypytywał o kierunek i wiek, niezależnie od płci i autoramentu. Przed nami we własnej osobie stał właśnie ten ostrożniejszy.
- Czy studiujecie politologię i stosunki międzynarodowe? - zaskoczył nas sprawną koniunkcją.
- Niczego nie studiujemy - odpowiedzieliśmy, posługując się charakterystyczną dla mowy ojczystej podwójną negacją.
- Studiujecie może italianistykę lub pedagogikę?
Zaprzeczyliśmy.
- To czy wobec tego mogę zadać wam pytanie? - wnioskował dalej logik. Pozwoliliśmy mu mówić.
- Która godzina? Ale czy jesteście pewni, że nie studiujecie politologii lub stosunków międzynarodowych? - tym razem zaskoczył alternatywą, zapominając o istocie rozmowy.
- 2.10, a kolega jest na politologii - rzekłem.
Logik zrozumiał swój błąd:
- O mój Boże! Nie powiecie mojej żonie, że tu byłem. Bo mnie zabije? - błagał. - Poznaliśmy się 22 lata temu na balu łącznościowca. Jest brzydka jak strup, ale bardzo ją kocham. Przepraszam łaskawców. Przepraszam dobrych panów. Mnie tu nie ma. Przepraszam - wybełkotał logik i zebrał się do wyjścia.



W drzwiach minął go Łorior, który na rękach wniósł do toalety swoje wymiociny i spłukał je do zlewu. Przemył twarz i zapytał uśmiechnięty:
- Widzieliście, chłopaki?
Po popisowym entree przeszedł szybko do rzeczy. Tego dnia zaprosił swojego promotora na tradycyjne chlanie po obronie. Na prawie podobno panuje taki zwyczaj, że świeży magistranci stawiają opiekunowi dziwkę. Łorior nie przekonał jednak swojego promotora do podtrzymania tej szlachetnej tradycji zbliżającej do siebie uczniów i mistrzów.
Profesor bawił na konferencji naukowej, na której przeczytano półtora referatu. Część naukowców dotarła już do Milesa, aby tu bratać się ze studenckim proletariatem. Łorior na wszelki wypadek streścił nam etykietę wieczoru:
- Jak jakiś chuj tknie mojego profesora, to zajebię leszcza i wyrucham jego laskę w kakao! Zrozumiano?
Znaleźliśmy dogodne miejsce dla profesora z prawa. Usiadł otoczony wianuszkiem młodzieży, niczym Sokrates w ateńskich ogrodach. Nasza postawa tak bardzo przypadła mu do gustu, że kupił nam po piwie. Łoriora wysyłał zaś po kolejne kieliszki wódki i szklanki popity.

Profesor T.W. w tym czasie przywitał się z wszelkimi szykanami ze znakomitością z wydziału prawa. Od razu krzyknął na Radełka, żeby podał mu szary płaszcz. Polonista bał się, że jego gwiazda zblednie przy drugim profesorze. To była jego impreza i tak się ta impreza zakończy. Z prawnikami nie ma żartów, mogą wypić stanowczo zbyt wiele.
Pożegnał się z niedobitkami ze swojego instytutu i podszedł do mnie.
- Panie Grzegorzu, przepraszam. Naprawdę przepraszam.
Opuścił Milesa.

Łorior - świeżuteńki absolwent wydziału prawa - przyjechał do Milesa nowiuśkim volkswagenem. Był z kolegą. Jego towarzysz nie należał raczej do rozmownych. Musiał trochę odpocząć po konferencyjnym raucie. Postanowił zdrzemnąć się, bo wiedział, że będzie prowadził.
Profesor z prawa za to nie próżnował. Co chwilę podchodziły do niego studentki, którym do ucha szeptał komplementy i prawnicze sprośności. One chichotały cichuteńko i mówiły coś w stylu „Och, panie profesorze!” Naukowiec swoje wypowiedzi gęsto inkrustował cytatami klasyków, sentencjami rzymskich myślicieli i aluzjami literackimi. Gładko przechodził od Czechowa do Konfucjusza. Śpiewał kawaleryjskie pieśni pułkowe, bez żenady intonował kolejne ukraińskie dumki. Powoli mieszały mu się teksty, religie i mitologie. Stolikowe towarzystwo słyszało, jak coraz bardziej jego hasła się radykalizują.
- Kobiety to rury na nogach. Wlew i wylew - westchnął w końcu ciężko.

Łorior przy profesorze z początku był strasznie spięty, dlatego zadzwonił do swojego psychiatry z prośbą o radę. Wtedy w sumie był jeszcze w miarę normalny. O wiele gorzej zachowywał się kilka miesięcy później, gdy zwyciężył w wyborach samorządowych i został poważnym, lekko schorowanym psychicznie radnym SLD.
Zbudzony w środku nocy lekarz przekazał Łoriorowi, żeby w obecności swojego mistrza porozmawiał ze swoim wewnętrznym dzieckiem, nie dusił w sobie uczuć i unikał wzruszeń. Jednak Łorior mimo sumiennej lekarskiej porady zachowywał się zwyczajnie - jakby za młodu wpadł do kadzi z amfetaminą. Przy profesorze tak się zapomniał, że darł się na całą knajpę. Zrobił przegląd swoich obłąkanych mott życiowych i przysłów:
- Nie jest lepszy snikers krancz, tylko zwykły pomarańcz. Nie jest lepsze pęto świni, tylko zwykłe pestki z dyni. Miałem wuja w nju jorku, co nie dożył wtorku. Miałem brata w wietkongu, który umarł w pociągu. Bas goł tu glazgoł. Gdzie tu można tanio zakutasić w jakiejś niechudej szakirze? Nieodparty urok party, kurwa mać - krzyczał.
Szczęście, że nie zaczął dwugodzinnego wykładu o typach łechtaczek. Bo taki miał nastrój.



Głowa znakomitego prawnika chyliła się coraz niżej w stronę popielniczki. Od czasu do czasu przemawiał w niezrozumiałym języku. Wyraźnie mieszał rosyjską śpiewność z egzotyką chińszczyzny. Gwałtownymi gestami odganiał od siebie myśli. Te w końcu szybko zmaterializował w jedno proste:
- Kurwa.
Łorior wyglądał jeszcze gorzej. Złapał przechodzącą środkiem knajpy laskę za pośladek.
- Chcesz? Powróżę ci z wnętrzności - zaproponował i nie czekając na odpowiedź, zasnął.

Wróciłem do doktora Radełka. Też było źle. Odkąd spotkał go awans społeczny i jego profesor mógł zwracać się do niego „ty”, a to było oznaką rychłego zapoznania się bliżej, pił szybko. Do wszystkich mawiał „bracie”, „siostro”, pokazał wszystkim swój stary dowód osobisty, gdzie jeszcze - jak opisał - miał długie pióra. Na domiar złego śpiewał jeszcze Stachurę i deklamował swoją nudną jak pizda poezję, w której tańczą satyry i jego pies Nikita. Gdy tylko padło to imię, ze łzami w oczach jął opowiadać, że wydobył go za sześć piw z miejskiego schroniska dla zwierząt. Te skurwysyny robale miał wszędzie. Z oczy mu wyłaziły, z uszu, nawet z dupy. W końcu zaczął nam tłumaczyć, że to wcale nie suka. Ten francuski film wszystko zepsuł, a to takie znakomite męskie imię.
- Chruszczow, wiecie. Nie?
Jego milesowa kariera kończyła się. Nadeszła chwila pożegnań. Doktor Radełko wstał.
- Tak się cieszę. Bardzo dobrze się nam mówiło. Kocham ciebie, facet.
Gdy skończył te słowa, złapał mnie mocno za ramiona, a jego usta mocno wpiły się w moje. Zdjął mnie autentyczny strach. Całkowicie struchlałem. A on w tym czasie znów się we mnie wpił. Byłem tak sparaliżowany, że w tej chwili mógłby złapać mnie za chuja i nie miałbym siły zaprotestować. Klepnął mnie jeszcze po żołniersku w ramiona i opuścił Milesa.
Musiałem się napić. Czułem się nieczysty. Wódka to znakomite lekarstwo. Musiałem wypłukać z siebie polonistów, polonistki i język doktora Radełka.

Po mojej misji doktor dostał tydzień urlopu zdrowotnego. Na swoim osiedlu natknął się na łapsa z nożem, który przykładnie skroił go z portfela i komórki. W Radełku obudziła się złość. Dlaczego ma kończyć tę noc jako przegrany, skoro jego profesor zbliżył się do niego? Dogonił typa i go solidnie obił, choć tamten był znacznie bieglejszy w sztuce przetrwania w trudnych warunkach toruńskiego Kaszczorka. Doktor odzyskał portfel i komórkę. Na pamiątkę wziął też czapeczkę bejsbolową łapsa, butów mu nie zdjął, bo były zbyt mocno zasznurowane. Pierdolić poranne zajęcia, pierdolić popołudniowe konsultacje, wszystko zrozumieją, wszystko wybaczą. Wracał do domu jako zwycięzca. Z wyłamanymi dwoma palcami w lewej stopie, bo do kujawiaka na kolesiu założył sandały.

Zaraz po wyjściu doktora Radełka usiadła przy mnie Kobieta Sierp. To ona zleciła mi przeniesienie zaliczenia. W zasadzie wcale nie musiałem się o to starać, bo temperatura spotkania w Salvadorze wystarczyła całkowicie, aby wykładowcy zrewidowali swoją postawę wobec zajęć.
Sierp zaczęła od opowieści o swoim profesorze z teorii literatury, który na egzaminach korzystał ze sprawdzonych gestapowskich metod. Do studentów zwracał się na „ty” albo barwnie przeinaczał ich nazwiska. Poza tym nieustannie stał odwrócony do rozmówcy i patrzył za okno. Sierp przyszła do niego zupełnie nieprzygotowana. I nawet stalinowski prokurator śledczy z obcęgami i wiertarką, z długoletnią praktyką felczera, nie byłby w stanie niczego z niej wyciągnąć.
W samym środku tego pierdolonego Milesowego niespełnienia nudziłem się. Ona nie przestawała gadać.
- Powiedz coś - przerwała ciszę.
Wszyscy w tym momencie mówią „coś”.
- Jesteś nudna - powiedziałem.
Potraktowała to jako żart. Nie mogłem przerwać tego koszmaru. Byłem na to zbyt pijany. Moje wypowiedzi przypominały sytuację, gdy rozmawia się z nudziarzem przez telefon. Masz zamiar ją kończyć, już twoja intonacja podnosi się i mówisz coraz wyżej: „No tak, tak, więc...” Ale nudziarz, kurwa, kontynuuje rozmowę i wcale nie zmierza do puenty. Więc znów powtarzasz swoje: „Tak, tak”. Ale ten skurwysyn nie zamierza tego kończyć, więc mówisz: „No to super, więc musimy”. A on, kurwa, dalej napierdala.

Sierp mówiła. O swoim bracie, który miał wypadek samochodowy i teraz musi samotnie zmierzać się z własnym kalectwem. Musi nauczyć się wszystkiego od nowa, nauczyć się chodzić i mówić. Jego noga złamała się w siedmiu miejscach i gdy jej brat usiłuje zrobić choć jeden krok, kończyna wygina się w tych siedmiu miejscach. I jak już ma się ponownie złamać w jednym, sześć innych złamanych miejsc w cudowny sposób przywiązuje tę nogą do tułowia.

Do Milesa weszła mała przyjaciółka Sierpa - gnom o nieproporcjonalnie krótkich nogach, pozbawiony zupełnie poczucia humoru. Kobieta z włosami w sierp skorzystała z sytuacji i zostawiła mnie sam na sam ze swoją emocjonalną forpocztą. Ta tłumaczyła mi ze śmiertelną powagą:
- To poważna sprawa. Zachowuj się odpowiedzialnie.
Próbowałem się dowiedzieć, co wymaga takiej odpowiedzialności. Zrozumiałem w końcu, że potworek chce mi po prostu oznajmić, że jak coś Sierpowi zrobię, to osobiście wyciągnie mnie choćby z piekła i wpuści mi ostry wpierdol. Znów wydawało mi się, że nie ma ratunku przed tymi wariatkami.
Odetchnąłem, gdy przyszedł Muzykant, który swoją odważną obyczajowo postawą skutecznie zraził do siebie gnoma. Niestety, potworek wrócił z posiłkami. Przyszły przyjaciółki Sierpa. Jedna z nich co imprezę znikała w kiblu z Muzykantem. Tak też stało się tej nocy. Dziewczyny były wzburzone do żywego.
- O Jezu! Oni coś tam robią! - biegały po całej knajpie.
Mówiły barmanowi o niebezpieczeństwie czającym się za kiblowymi drzwiami. Albo spazmowały ze śmiechu, albo z żałości darły na sobie szaty. Nie kryłem dumy z muzyka.

Impreza ewidentnie się kończyła. Pijany jak wół habilitowany od pozytywizmu zamówił szampana na wynos. Żaden barman nie zaufa facetowi, który wygląda jak zombi w najlepszym weselnym ubraniu. Nikt mu nie chciał mu pożyczyć kieliszków do szampana.
- To będzie koniec tego zboczonego świata, gdy wypiję szampana z plastikowego kubeczka - ryczał pozytywista.

W tym czasie kompan Łoriora, który miał wszystkich po imprezie poodwozić, trochę otrzeźwiał i zaczął reanimować się kawą. Poprosił mnie, żebyśmy wspólnie wyprowadzili kolegę z lokalu.
Łatwo nie było. Świeżo upieczony prawnik miotał się na wszystkie strony. Na zewnątrz było tradycyjnie jasno. Zmrużyliśmy oczy i niemal na ślepo doprowadziliśmy Łoriora pod swój samochód. Dał nam swoje kluczyki, mówiąc:
- Jak ktoś, kurwa, heeep, zarysuje mi wóz, to leszcza wezmę i, kurwa, bez pardonu zabiję. Nie wspominając, że jego laskę wyrucham w kakao. Dobra?
Trzeźwiejący szofer wepchnął Łoriora na siedzenie z tyłu, a sam usiadł za kierownicą. Odpalił i od razu, kiedy ruszył, urwał lusterko sąsiedniemu samochodowi. Ja w tym czasie postanowiłem elegancko nakłonić profesora do wyjścia z Milesa.
- Panie profesorze, samochód już podstawiony - oznajmiłem uroczyście.
- Dziękuję, moje dziecko, ale nie skorzystam. Zawsze, gdy sobie wypiję, wracam pieszo. A że piję dzień w dzień, moje starania powinien ponad wszelką wątpliwość dostrzec PTTK i nagrodzić mnie złotą odznaką turystyczną. Taką nizinną - zażartował i wyprostowany jak carski oficer jednym haustem dopił wódkę. Poczekał, aż przez jego żołądek przejdzie poalkoholowa konwulsja, i wyszedł.

Profesor dyskretnie zwymiotował przy pierwszym koszu na śmieci. Przez chwilę wymachiwał rękami w pijackim tai chi, obijając się o latarnie uliczne. Zastanawiał się pewnie, czy następnego dnia chińska delegacja znów będzie chciała kupić jego zaufanie kwaterką żmijówki. W końcu machnął na to wszystko ręką i zniknął za rogiem.
Sierp czekała na mnie w drzwiach do klubu. Trzymała moją kurtkę i plecak. Nie podobała mi się zbyt specjalnie, ale mimo wszystko postanowiłem zaciągnąć ją do siebie. Opierała się, lecz tak jakby bez przekonania. Gdy przez chwilę szła przede mną, powiedziałem z zachwytem „U la la”. Następnego dnia ubrała spodnie z jeszcze głębszym wcięciem między pośladkami. Uwielbiała mnie.

W drodze powtarzała mi tylko: „Słonko, nie pójdę do ciebie. Słonko, nie dzisiaj. Dzisiaj nie będziemy się kochać, słonko. Dzisiaj, słonko, pójdziesz sam do domu. A potem, słonko, wstaniesz i zadzwonisz do mnie. A potem, słonko, przypomnę ci o wszystkim. A potem, słonko, pogramy w grę. Kim jest w twoim życiu Marcin Świetlicki? Nie wiem - powiesz. Nie wiem. Czy jest twoim oddechem? Nieco skróconym od papierosów, nieco skróconym od wódki? Nie wiem - powiesz. Nie wiem”.
Nie chciałem jej ruszyć. Poszła na pierwszy dzienny autobus.

Co by w tym momencie powiedziała Ewa Drzyzga?



Nie jest ważne rozwieranie i zwieranie kolan. Ważne jest rozwieranie i zwieranie jednego umysłu na drugi. To jedno krótkie „tak” - mocniejsze niż tysiąc poruszeń się wewnątrz. Nieważne jest poruszanie się w tym oswojonym mięsie; ważne jest to, w jaki kształt to mięso ułoży się pod naciskiem słów i gestów. Najważniejsze jest przyzwolenie i przyjęcie. I tym tkwi największa nieczystość. Dasz im chwilę bezpieczeństwa, a one odwdzięczą się swoimi ciałami. Wystarczy dać trochę czasu ich poczuciu własnej wartości, wystarczy przeczekać kilka niezbędnych rozmów i rytuałów, a staną się twoje. Najpierw musisz pozbawić je dumy. A to właśnie polega na czekaniu.